30 sierpień 2008

Ukojenie Ian McEwan


Podróżowanie jest rzeczą brutalną. Zmusza cię byś ufał nieznajomym, i pozbawia bliskiego, kojącego ciepła domu i przyjaciół. Stale jesteś wytrącony z równowagi.

Nie należy do ciebie nic oprócz rzeczy podstawowych – powietrza, snu, marzeń, morza, nieba – czyli wszystkiego, co zmierza ku wieczności czy też ku temu, co, jak nam się zdaje, nią jest.



Sięgam po Ukojenie książkę Iana McEwana wybitnego brytyjskiego pisarza, kojarzonego ostatnio z ekranizacją jego głośnej powieści Pokuta.

Bardzo trudno pisać mi o tej książce, choć już dawno żadna nie wywołała u mnie takich emocji. Powieść ta została w 1990 roku sfilmowana przez Paula Schradera. Chętnie zobaczę jak udało się tak ciężki jak dla mnie tekst zekranizować.

Colin i Mary spędzają wakacje w Wenecji. Bohaterowie wydają się być znudzeni nie tylko Wenecją, po której snują się, niekoniecznie zaciekawieni tym, co miasto może im zaoferować, ale także sobą. Niewiele ze sobą rozmawiają, jakby każde słowo czy zbędny ruch miały ich jeszcze bardziej spowolnić, odebrać powietrze, którego i tak zaczyna brakować w dusznej Wenecji.

Jedynym rozwiązaniem by, choć na chwilę skryć się przed promieniami słońca okazuje się spędzanie dni w hotelowym pokoju i wydrapywanie z pamięci namiętności, jaką do siebie odczuwali kilka lat wcześniej. Tak jakby seks był jedyną deską ratunku by pokonać mur milczenia. Od czasu do czasu wychodzą jednak na zewnątrz by gubić się w weneckich zaułkach. Podczas jednej takiej wycieczki poznają Roberta, który pomaga im odnaleźć drogę powrotną. Opowiada im o swoim dzieciństwie i zaprasza do swojego domu gdzie poznają jego młodą i niepełnosprawną fizycznie żonę Caroline. Od tej pory, choć para ta wydaje im się dziwna, nie przestają myśleć o nich i o tym, co zobaczyli w rezydencji Roberta. Rozpoczyna się zaskakująca gra między parami, której zakończenia nie daje się niestety uniknąć.

Bohaterowie Ukojenia to ludzie bez emocji, zmęczeni sobą, jakby starający się dla dobrej zgody odegrać przed sobą i całym światem dobre przedstawienie. Pod przykrywką tej obojętności można dostrzec jednak tlący się maleńki płomień troski, oddania i wzajemnego szacunku.

Ian McEwan zmusza nas do zagłębienia się w psychikę bohaterów, do własnych interpretacji. Zostawia nas z mnóstwem pytań, na które nie potrafimy odpowiedzieć, albo w swych próbach błądzimy po nieznanym terenie.

Książka ta zmusiła mnie do zastanowienia się nad ludzkimi pragnieniami, żądzami, które zmuszają ludzi do popełniania czynów karygodnych. Jakie demony czają się w człowieku, które wyzwolone zamieniają go w bestię rozkoszującą się w zadawaniu bólu, do tego jeszcze w imię miłości. Jak bardzo opętana musi być osoba, która przyjmuje ciosy, „lubi nie tyle ból, ile jego istnienie, poczucie bezradności, unicestwienia”. Jakie zło daje jej prawdziwe ukojenie?

Być może historia, która przytrafia się bohaterom, tak naprawdę zbliża ich do siebie, stąd pytanie co musi się wydarzyć by ludzie żyjący ze sobą zrozumieli jak bardzo są dla siebie ważni i ile dla siebie znaczą? Czy zaczynamy zdawać sobie z tego sprawę dopiero w ostatecznym momencie, w tym nieuchronnym końcu, gdy tracimy drugiego człowieka, tego za którego oddalibyśmy własne życie? Ta książka to studium najciemniejszych stron ludzkiej psychiki. Niewytłumaczalnych procesów, książka o sile, która unicestwia.

Można powiedzieć, że książka wieje nudą, bo ile można chodzić uliczkami Wenecji, ile patrzeć na siebie do siebie się nie odzywając. Można powiedzieć, że temat nie jest nowy, że książek o mrocznej stronie ludzkiej psychiki powstało wiele. Można to wszystko powiedzieć po przeczytaniu Ukojenia, ale z pewnością nie można powiedzieć, że nie wywołuje ogromnych emocji.

Wydawnictwo Albatros/Andrzej Kuryłowicz

25 sierpień 2008

Wyznania francuskiego piekarza

Stare porzekadło mówi:

„Jeśli spotkasz na ulicy piekarza,

monsieur, uchyl kapelusza.

Jest to bowiem człowiek

godzien szacunku”

Nie znam osoby, która nie lubiłaby zapachu świeżo wypiekanego pieczywa. Ja uwielbiam. Ilekroć czuję ten zapach przechodząc obok piekarni przystaje by wdychać go i rozkoszować się najpiękniejszym zapachem świata, a potem wchodzę do środka by kupić chrupiące bagietki, gorący chleb czy bułki o rumianym wyglądzie.

Peter Mayle, autor licznych książek o Prowansji postanawia sprawić swym czytelnikom nie lada niespodziankę. Zabiera nas do Cavaillon niedaleko Awinionu gdzie znajduję się piekarnia „Chez Auzet” od lat należąca do rodu Auzet, by dzięki mistrzowi wypieków Gerardowi Auzet dowiedzieć się jak powstaje tradycyjne prowansalskie pieczywo. Tak powstają "Wyznania francuskiego piekarza".

Książka pełna jest rozmaitych przepisów na chleb od zwykłego począwszy a skończywszy na wypiekach z bekonem, tymiankiem czy oliwkami. Ciekawa jest część dotycząca wskazówek, jakie wina pić do jakiego rodzaju pieczywa.

Choć przepisów w tej niewielkiej książeczce znajdziecie całe mnóstwo, nie jest to jednak książka tylko i wyłącznie dla miłośników wypiekania. Możecie zapoznać się z historią rodu Auzetów czy poznać historię słynnego croissanta. Na chwile przenieść się do niewielkiego miasteczka we Francji i poczuć ten charakterystyczny zapach budzący ze snu.

Nie piekłam jeszcze chleba, choć zamiary i chęci są. Lubię chleb, który wypieka moja siostra, jest delikatny, chrupiący i za każdym razem, gdy się nim zajadam mam wrażenie, że zjadam najzdrowszy pokarm świata. Mam nadzieje, że następny chleb, który zjemy razem, będzie mojego autorstwa...

wyd. Prószyński i S-ka


23 sierpień 2008

Włoskie wspomnienia



Wakacje to dla mnie niezwykły moment oderwania się od rzeczywistości. Czas zastanowienia, porządkowania myśli, czas spokoju i przyzwolenia na odmienność. Gdy się rozpoczynają, czuję się tak, jakbym otrzymywała najpiękniejszy prezent, gdy się kończą, zaczyna się dla mnie okres oczekiwania na następne. Ten czas permanentnego czekania na chwile relaksu staram się zapełnić co jakiś czas książką, która mi ten czas niezwykły przypomni, odda jego nastrój, umili oczekiwanie.

Krótko po wakacjach sięgnęłam po książkę Jedz, módl się, kochaj Elizabeth Gilbert. Trochę się przed nią wzbraniałam, bowiem perspektywa czytania kolejnej książki, w której główna bohaterka postanawia po ciężkich przeżyciach, jakim jest rozwód, zostawić swoje dotychczasowe życie i przez rok podróżować po świecie, trochę mnie znudziła. Już to czytałam, temat jakby powtórzony. Coś jednak skusiło mnie by ją przeczytać i nie żałuję.

Książka jest podzielona na trzy części, z których każda to kolejny etap podróży Elizabeth Gilbert. Pierwsza część to Włochy i szkoła języka włoskiego w Rzymie, druga Indie i medytacje, trzecia to Indonezja i odnalezienie wewnętrznego spokoju.

Pewnie nie zakochałabym się w tej książce gdyby nie część dotycząca Włoch. Ten kraj już zawsze będzie dla mnie wyjątkowy, tak więc każda dobrze napisana książka na ten temat poruszy mnie i pobudzi wspomnienia. Autorka z niesamowitym namaszczeniem opisuje jak zakochana w języku włoskim zgłębia jego tajniki, jaką radość sprawia jej uczenie się kolejnych włoskich słówek, jaki smak ma kuchnia włoska, która zasługuje na specjalne wyróżnienie, jaki ma spokój w sobie gdy spaceruje uliczkami Rzymu tak, jak chce, bez zbędnego przymusu zwiedzania.


Czytając tą książkę miałam po raz kolejny ochotę pożyć w Italii, znów przechadzać się uliczkami Ferrary, niewielkiego miasteczka w północnych Włoszech, w którym uczyłam się włoskiego, zajadać się lodami na Piazza Ariostea, w środku nocy jeździć na rowerze, uśmiechem na uśmiech odpowiadać. Przypomniałam sobie ile przyjemności daje zastosowanie - l’arte d’arrangiarsi czyli sztuki przekształcania kilku prostych składników w ucztę, albo spotkania grupki przyjaciół w święto, czy bel far niente czyli pięknego nieróbstwa w czym Włosi są mistrzami.

Choć kolejne części książki były równie urzekające, ta dotycząca Włoch dla mnie była najważniejsza.

17 sierpień 2008

...

„Robić coś, w czym nie ma cienia kombinacji, czy to się będzie podobać czy idzie z modą, czy wpisuję się w nurt...Wolność. Robić tak jak czujesz. To jest zwycięstwo.”


Już od dłuższego czasu słowa Jerzego Stuhra stały się moim górnolotnie pisząc credo życiowym. Nie bez powodu też, pisząc pracę magisterską, pochylałam się właśnie nad jego twórczością. Nikt z nas nie jest samotną wyspą. Żyjemy w świecie ludzi, w ramach wielorakich wspólnot i społeczności, w które wpisany jest nasz los. Poruszamy się w dosyć mogłoby się zdawać znanym teatrze, jakim jest nasze życie, postępując według zapisanego już wcześniej scenariusza, idąc tropem Ervinga Goffmana, który badając relacje człowiek–społeczeństwo wykorzystał w swojej pracy „Człowiek w teatrze życia codziennego” analogię do teatru i sceny. Ciągle gramy. Ja gram, Ty grasz, On gra. Zachodzi relacja widz – grający. Nastąpiła teatralizacja życia codziennego. To, co u Goffmana wysuwa się na pierwszy plan to podział na scenę i kulisy. Gramy swoje role, zakładamy maski, żeby pokazać się z jak najlepszej strony, przecież nie możemy sobie pozwolić na chwile nieuwagi, zapomnienia, na chwile oddechu – spektakl trwa nieustannie, trzeba się przebrać w ciasny kostium, dopiąć kamizelkę, nałożyć maskę i wyjść na scenę codzienności.

Wyobraźmy jednak sobie, że ten kostium wbrew pozorom może się podobać, może być wygodny, wystarczająco dopasowany, nie jest powiedziane, że trzeba czuć się w nim źle, przeciwnie, przypuśćmy, że ubieranie go każdego dnia sprawia nam przyjemność, że całkiem dobrze nam w takim stroju i z taką „gębą”. Jakże wygodniej jest grać kogoś, kim się nie jest, lub kogoś, kim chciałoby się być.

W pracy, na uczelni, na ulicy czy w sklepie, w różnych miejscach i w różnych sytuacjach możemy wyciągnąć z torby odpowiedni uśmiech, gest, pozę, formę. Duży komfort.

Spójrzmy jednak, co dzieje się za kulisami, tam gdzie oczy nie widzą. Trudno nam dopiąć kamizelkę, bo na wierzch chce wyjść i wychodzi wszystko to, co chcielibyśmy ukryć a co prędzej czy później i tak nas samych zaskoczy. Nasza gra może okazać się farsą a publiczności z dnia na dzień będzie coraz mniej. Nasz kunszt wypracowany, przez tyle lat wyuczany tak misternie pod okiem najbliższych, nagle okaże się nic nie wart a oklaski zacznie zbierać ktoś inny. Cały nasz warsztat aktorski na nic się nie zda.

I można sobie zadać pytanie, po co to wszystko? Po co udawanie, granie, przebieranie się. Nie wystarczy być sobą? „Wchodzimy w świat, aby przezeń przejść, przechodzimy próbę świata, a świat powinien być miejscem prawdy”. Grotowski zmierzał do tego w swoich poszukiwaniach teatralnych. Śledząc poszczególne etapy jego pracy, ma się odczucie, że prawda zawsze była obecna jakby zawsze wpisana w to, co robił. Mimo licznych krytyk pod swoim adresem, zwłaszcza na początku powstania Teatru 13 Rzędów w Opolu, licznych wątpliwości i pytań a po co to wszystko, On szedł swoją własną drogą. Robił tak jak czuje, niekoniecznie wpisując się w nurt, w to, co jest aktualnie modne, prawie zawsze krocząc pod prąd. Był sobą!

Chciał coś powiedzieć, coś przekazać. Poprzez teatr chciał dotrzeć do istoty człowieka. Wychodził od teatru, ale właśnie poprzez działania teatralne, badania prowadzone nad teatrem chciał dotrzeć do człowieka i do prawdy o nim. Stąd też jego całkowicie inna praca z aktorem, wypracowanie metody wszechstronnego treningu aktorskiego, który pozwalał na osiągnięcie „aktu całkowitego”. Wspinał się w swoich poszukiwaniach coraz wyżej i wyżej coraz dalej by dojść do wniosku, że nie teatr jest ważny, ale to, co się dzięki niemu osiąga. W całym tym świecie pozorów, udawania i gry on skromnie mówił „(...)Po prostu: życie ma dwa bieguny. Jeden – to biegun gry, walki, ukrywania się...To może być bardzo piękna gra! Ale na to, żeby świat zmienić, trzeba drugiego bieguna. I na to żeby, życie miało sens, trzeba go także. Ten drugi biegun jest jak zatrzymanie czasu potocznego i jakby się zaczynał czas inny: czas spotkania między jednym a drugim ludzkim istnieniem. (...) Te dwa bieguny są jak dwa rytmy życia – jak dzień i noc, jak wdech i wydech: między dwoma rytmami życia istnieje przeciwieństwo, ale nie jest możliwe, żeby jeden kłamał drugiemu. Dlatego, jeżeli żyje się biegunem spotkania, wówczas całe życie ulega przemianie (...)

„Wolność. Robić tak jak czujesz. To jest zwycięstwo...”

Mówiąc o wolności, bardziej tej wolności słowa, drogi, po której się kroczy, własnego wewnętrznego głosu, mam na myśli takie zespoły jak Leaving Theatre czy Bread and Puppet Theatre, które stanowiły niejako propozycję alternatywną wobec rodzącego się społeczeństwa masowej konsumpcji. Warto też dodać, że aktor teatru Drugiej Reformy miał do spełnienia już inną rolę. Miał stawać się sobą. Był bliższy, bardziej ludzki, wchodził w interakcję z widzami. Odrzucał wszelkie maski i role narzucone przez społeczeństwo. Był człowiekiem nie aktorem. Do tego wolnym człowiekiem, który ma prawo powiedzieć „Ja się pod tym nie podpisuję”. Nie tylko powiedzieć, ale też pokazać. Spektakle Leaving Theatre to krzyk przeciwko niedoli, i wielkiej machinie systemu ograniczającego wolność jednostki. Próba i to na wielką skalę pokazania innej drogi, którą można kroczyć nie wpisując się w cały mechanizm manipulacji społecznej. Protestować, żyć inaczej. To człowieka czyni wolnym.

Pisząc o własnej drodze niekiedy okupionej smutkiem, bo zawsze pod prąd, drodze, w której wyrażamy siebie, stajemy całkowicie sami w walce z przeciwnościami, całkiem nadzy zrzuciwszy już za ciasny strój i maskę, przychodzi mi na myśl jeszcze jeden teatr, dość nietypowy i Ktoś, kto po swojej drodze kroczy wierny samemu sobie. Śledząc dokonania Polskiego Teatru Tańca Ewy Wycichowskiej mamy do czynienia z ciągłym przełamywaniem własnych przyzwyczajeń, z rozszerzeniem własnych umiejętności, z wysiłkiem nie zasklepiania się w jakiejś sprawdzonej formie. „ ... Taniec jest sztuką, która odnosi się do człowieka i jest przekazana przez człowieka dla człowieka i o człowieku, bo w tańcu mówi się właśnie o nim, o jego uczuciach i relacjach. To, co werbalne jest trudne do określenia, jest poza słowem, tam właśnie zaczyna się to, co najważniejsze w tańcu, to, co z niego wynika i to, co jest tym przeżyciem, niezapomnianym wrażeniem...”

Myśląc o Ewie Wycichowskiej, widzę osobę, która swoją drogą kroczy godnie, wbrew wszystkim, często nierozumiana, spychana ze swoim Teatrem na plan dalszy. Zawsze jednak podkreśla, że aby dojść do Źródła, trzeba iść pod prąd, co nie jest łatwe. ”... Źródłem jest dla mnie to, co jest rdzeniem człowieczeństwa. Dochodzimy do tego rdzenia przez całe życie, co nazywam drogą, bo nie ograniczamy się do stania w miejscu i czekania na to, co przypłynie. To usilne, często pod prąd głównego nurtu, szukanie czegoś, co już istniało, co było naszym źródłem, początkiem i co utraciliśmy. To gdzieś istnieje i teraz zdobywamy wiedzę na ten temat w inny sposób. Rdzeń człowieczeństwa jest w nas zakodowany. Przedzieranie się przez te „mgłę”, pod prąd, które uniemożliwiają łatwe dojście do Źródła, jest drahmą człowieka i jeśli tego nie robi, prędzej czy później okaże się pusty.” Niewielu jest twórców, którzy podobnie jak Ewa Wycichowska potrafią zachwycić, wzbudzić emocję, wstrząsnąć i poprowadzić do bram samego siebie, do pokonywania własnych barier. Dziwne jak wszystko, co niemożliwe, nagle zaczyna wydawać się możliwym.

Wśród poprzebieranych osób, wśród tłumu w kolorowych maskach, na szczęście są i takie, które maski nie założą nigdy, wstając każdego ranka wiedzą, czym jest dzień, kolejnym krokiem na swej drodze lepszej czy gorszej, ale własnej, prawdziwej.

„ Szalony, kto sądzi, że ludzkiego szczęścia trzeba szukać w zaspokajaniu pragnień, przekonany, że dla idących liczy się przede wszystkim dojść do kresu. A kresu przecież nigdy nie ma.” Jest w tym zdaniu A.de S. Exuperego zamysł drogi jako wartości samej w sobie.

Niech życie będzie ciągłym przekraczaniem granic, przełamywaniem barier i to tych własnych, przełamywaniem ograniczeń czasem sprawiających, że zakładanie masek staję się niekiedy łatwiejszym rozwiązaniem. Niech teatr-nasze życie przestanie być teatrem a stanie się prawdą – tą, której poszukiwał Grotowski. Każdy jest inny ze swoim życiem, powiedziałabym nawet, że ta inność zasługuje na uwagę tylko wtedy, gdy ktoś kroczy własną drogą, tą prawdziwą, na której stawia kroki zgodnie z własnym sumieniem, czasem przyjmując krytykę, ale także, i znów posłużę się słowami Jerzego Stuhra

„ ... jeżeli tylko rokujesz nadzieję, potrafisz zainteresować, jesteś kimś, masz odwagę, interesujesz się czymś więcej niż tylko swoim pryszczem, swoją zmarszczką i tym, jak wyglądasz i najważniejsze, kochasz ogromnie swoją pracę i nie zamieniłbyś jej na żadną inną- TO CIEBIE ZNAJDĄ”.

Obcy Taichi Yamada


Mężczyzna krótko po rozwodzie, scenarzysta, wraca pamięcią do lat dzieciństwa. Postanawia pojechać do dzielnicy Tokio, w której mieszkał wraz z rodzicami, którzy zginęli, gdy miał 12 lat. Spotyka parę, która przypomina mu jego rodziców, zachowują się oni dokładnie tak jak jego rodzice. Harada zaczyna regularnie się z nimi spotykać i sam zaczyna powoli przypominać ducha, kogoś z innego świata. Wszyscy naokoło to dostrzegają oprócz niego samego. W międzyczasie spotyka kobietę, z którą zaczynają łączyć go głębsze relacje, ale im bardziej zależy mu na niej, tym mniej prawdopodobnie, że będą razem. Kim okaże się Kei? Jaką tajemnicę z sobie niesie? Czego oczekuje od Harady? W tle Tokio ze swym bezustannym pędem, rozedrganiem, z permanentnym hałasem, wchłaniający i nie pozwalający poczuć się indywidualną jednostką.

Fabuła bardzo ciekawa, niestety sposób pisania jak dla mnie trochę miałki, nie oddający klimatu grozy, pomieszania. Temat bardzo dobry, ale tak jakby autor dotykał zaledwie koniuszka problemu. Chciałoby się samemu dodać do tej książki odrobinę czegoś pikantnego. Być może taki ton oddaje tę atmosferę snu, ukazuję świat duchów, zjaw. Być może, ale do mnie to nie przemawia.

Nie wiem jak mam się ustosunkować do tej książki, jeżeli można się w jakikolwiek sposób do literatury ustosunkować. Nie poraziła mnie tak, jak spodziewałam się po przeczytaniu zupełnie przypadkiem jednej recenzji.

Polecam choć bez przekonania, nie zmienia to jednak faktu, że chętnie sięgnę po drugą część trylogii W poszukiwaniu dalekiego głosu.

Chłopiec z latawcem Khaled Hosseini



Zawsze byłam i będę daleka od streszczeń wszelakich. Nigdy tego nie robiłam i robić nie będę. Dla mnie recenzja książki to nie jest jej streszczenie. I cieszę się, że na swojej drodze nazwijmy to naukowej miałam takich nauczycieli, którzy zwracali mi na to uwagę i wszelkie próby pisania recenzji poprawiali tak by były dobre. Zwykle byli to ci nauczyciele, na których najbardziej narzekałam, bo tacy wymagający, ale dzisiaj widzę jak wiele dla mnie zrobili.

Dzięki nim potrafię odróżnić dzisiaj dobrą książkę od całkowitego jak to dzisiaj młodzież mówi „gniota”. To cenne dla mnie wręcz bezcenne.

Wielokrotnie też zastanawiałam się nad dość ciekawym zjawiskiem mianowicie gustami i guścikami. Każdy lubi coś innego i to jest zjawisko bardzo naturalne. Dla mnie wręcz wyzwanie, bo gdy ktoś prosi mnie o radę muszę się nieźle natrudzić by zadowolić te guściki, bo gusta potrafię zadowolić z tym jakoś nie mam problemów.

Do czego zmierzam, bo dygresja wyszła mi zbyt długa, mianowicie do tego, że przeczytałam nietypową książkę, już nie pamiętam, kiedy ostatnio coś wstrząsnęło mną do tego stopnia bym się całkowicie wyłączyła. Chłopiec z latawcem, bo o tej książce mowa to lektura dla każdego, kto ma ochotę na dobrą literaturę.

Historia dwóch afgańskich chłopców, najlepszych przyjaciół, dla których dzieciństwo w Afganistanie lat siedemdziesiątych było by najszczęśliwszym okresem ich życia gdyby nie jedno wydarzenie, które pociąga za sobą cały szereg zdarzeń, które zaważą już na reszcie ich życia. Główny bohater Amir i jego ojciec Baba wkrótce muszą podzielić losy większości Afgańczyków, którzy są zmuszeni uciekać z kraju po tym jak do Afganistanu wjeżdżają najpierw wojska radzieckie, a potem jak wyzwalają Afgańczyków spod radzieckiego jarzma jeszcze gorsi Talibowie. Co jeszcze uderza w tej książce to cała mozaika smaków, zapachów, kolorów, tradycji, zwyczajów. To życie zwykłych Muzułmanów ze swoimi zwykłymi codziennymi troskami i radościami.

Tutaj się zatrzymam, bo napisałam na początku, że daleka jestem od opisywania książek. Napisze tylko tyle, że długo nie mogłam się po lekturze tej książki otrząsnąć.

Dodam jeszcze, że gorąco polecam książkę Wojciecha Jagielskiego Modlitwa o deszcz, dzięki temu, że czytałam ją wcześniej mogłam sobie wyobrazić jak mógł wyglądać Afganistan po rządach Talibów.

Polecam!!!!!!!!!!!

W głębi lasu Harlan Coben




Rzadko sięgam po thrillery czy kryminały, sama nie wiem dlaczego. W mojej poczekalni nazbierało się tyle książek, a jakoś brakuje w nich książek „akcji". Postanowiłam zatem nadrobić zaległości i sięgnęłam po Harlana Cobena i jego „W głębi lasu".

Fabuła dość banalna. Czterech nastolatków spędzających wakacje na obozie, wymknęło się pewnej nocy do lasu. Dwóch z nich znaleziono z poderżniętymi gardłami, natomiast dwóch ciał nie udało się odnaleźć. Sprawa została zamknięta, seryjny morderca schwytany i wsadzony do więzienia.

Jednak po 20 latach przeszłość wraca do głównego bohatera Paula Copelanda będącego obecnie prokuratorem okręgu Essex, a 20 lat temu opiekunem na koszmarnym obozie.

Jedną z osób, której ciała nie odnaleziono była jego siostra.

Przez tydzień byłam trochę nieobecna w pracy, bo totalnie wniknęłam w świat Paula Coupelanda i jego tajemnicy, całej tej gmatwaniny faktów, które wychodzą na jaw zdecydowanie za późno.

Trochę klasycznie jak dla mnie, ale ciekawe dlaczego nie mogłam się od książki oderwać.

Rozwiązania tajemnicy nie dało się przewidzieć, choć miałam jakieś podejrzenia to na końcu i tak okazały się błędne.

Chętnie sięgnę po jeszcze jedną pozycję tego autora.

Udawać naprawdę. Rozmowa Marka Mikosa z Jerzym Stuhrem



Czytając z zapartym tchem książkę Jerzego Stuhra „Sercowa choroba”, nie mogłam doczekać się kolejnej pozycji na półkach w księgarniach. Doczekałam się rozmowy przeprowadzonej przez Marka Mikosa z Jerzym Stuhrem pod tytułem „Udawać naprawdę”. Podobnie teraz z drżącymi rękami chwytam za „Ucieczkę do przodu. Rozmowy z Jerzym Stuhrem - Marii Malatyńskiej.

Bezustannie głodna wynurzeń mojego ulubionego aktora, artysty, tym razem pochylam się nad „Udawać naprawdę”, książką, która odkryła przede mną oblicze nie tylko artysty, który doskonale zna się na tym, co robi i bez wstydu podpisuje się własnym nazwiskiem pod swymi dokonaniami. Książka ta, odkryła przede mną także oblicze Jerzego Stuhra – człowieka odpowiedzialnego i przede wszystkim świadomego swojego istnienia w świecie i w Polsce.

Przenosimy się na moment do teatru, który dla Jerzego Stuhra zawsze pozostanie miejscem szczególnym, przenosimy się również na plan filmowy, gdzie najpierw jako aktor zmagał się z własnymi słabościami, a potem już po drugiej stronie kamery mógł służyć radą swoim młodszym koleżankom i kolegom. I wreszcie mamy okazję poznać aktora na włoskiej scenie teatralnej, na której od lat pracuje, a także przekonać się, czym dla artysty jest Polska i dlaczego zawsze do niej wraca.

Artysta barwnie opowiada o swojej pracy, dzięki której miał szansę wypowiadać się w imieniu tej grupy społeczeństwa, która potrzebowała kogoś, kto się za nią wypowie, kto będzie ich twarzą i głosem. Snuje opowieść o tym jak stopniowo, krok po kroku dochodził do perfekcji w swoim zawodzie, który zawsze wiązał z pasją. Doświadczył, że życie niewypełnione pasją może stać się nudne, nie zapomina także dodać jak ważne było i jest, jak sądzę, przekraczanie niemożliwego.

Śledząc drogę artystyczną aktora i reżysera, patrząc na niego jak na obywatela świata, uderza bezustannie chęć realizacji, z dobrym skutkiem, swojego życiowego credo, „bądź wierny, idź”. Artysta pozostaje wierny swym poglądom, postawie moralnej, swej pracy, rodzinie. Iść przez swe artystyczne życie uczciwie, nie udawać, być szczerym. Szczerość wymaga wyzbycia się kompleksów, wymaga odwagi obnoszenia własnych słabości, docierania do prawdy. Odczuwam wielką estymę do człowieka, który wolność znajduje w akcie oddania się innym ludziom, świadomego oddania im swoich myśli, uczuć, zwłaszcza ludziom młodym, którym bezustannie powtarza, „róbcie coś, w czym nie ma cienia kombinacji, czy to się będzie podobać czy idzie z modą, czy wpisuje się w nurt… Wolność. Róbcie tak jak czujecie. To jest zwycięstwo”.

Jestem pewna i jednocześnie pełna nadziei, że to jeszcze nie wszystko, o czym aktor, reżyser chce z nami widzami porozmawiać, że jest jeszcze wiele tematów, które warto poruszyć i na które trzeba znaleźć odpowiedzi. Dzięki tej książce wiem, że warto pytania zadawać.

16 sierpień 2008

Piąte dziecko Doris Leasing



Niesamowita historia nakreślona przez Doris Lessing w książce Piąte dziecko nie pozostawia żadnych złudzeń, że kraina szczęśliwości, którą tworzymy każdego dnia, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Leżąc w czystej białej pościeli snujemy plany na przyszłość, wierząc jak naiwne dzieci w to, że wszystko potoczy się dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Przecież świat jest piękny, my jesteśmy dobrzy, zatem należy nam się wszystko to, co najlepsze. Tak myślą głowni bohaterowie książki państwo Lovattowie. Tymczasem, życie okazuje się nieco inne niż sobie zaplanowali. Sielankowe życie tej rodziny zostaje nagle zburzone pojawieniem się odmieńca. Ich piąte dziecko nie jest wcale tym, na które czekali. Życie z nim staje się koszmarem. Przez tytułowego Bena rodzina staje się inna, wcale nie taka zabawna jak do tej pory była. Walkę z zaistniałą sytuacją musi stoczyć przede wszystkim matka, albo pokocha i zaakceptuje swoje inne dziecko i skaże się na życie w permanentnym strachu i przeciwko społeczeństwu, albo zapomni o nim i wymaże go ze swej pamięci za cenę poklepania po plecach przez resztę rodziny.

Książkę czyta się jednym tchem, dosadność, z jaką pisarka ukazuje najbardziej bolesne wydarzenia w życiu rodziny Lovettów przeszywa na wskroś, jest jak magnez, przyciąga i pozostawia z tysiącem pytań.

Doris Leasing brytyjska pisarka, która nie boi się poruszać tematów głębokich i prawdziwych.

Gorąco polecam wszystkim tym, którym znudziło się inność owijać w bawełnę udawanej niewiedzy.

Korowód Jerzy Stuhr

Wybieram się na filmy Jerzego Stuhra zawsze z ogromną ciekawością. Od Spisu cudzołożnic nie potrafię inaczej. Wczoraj miałam wyjątkową przyjemność zobaczyć najnowszy film artysty Korowód. Jak w przypadku poprzednich, wyszłam z kina pełna nadziei i optymizmu.

Bohaterami Korowodu są reprezentanci dwóch pokoleń Polaków, dwudziestolatków i ich rodziców. Przedstawicielem starszego pokolenia jest Zdzisław Dąbrowski były współpracownik SB, który swoim postępowaniem niszczył życie innych, w tej roli doskonały Jan Frycz, z kolei reprezentantami młodego pokolenia są studenci, których przeszłość nie obchodzi wcale, Bartek Wilkosz (Kamil Maćkowiak), Ula (Katarzyna Maciąg) i Kasia dziewczyna Bartka (Karolina Gorczyca).

Bartek zarabia na życie pisaniem cudzych prac magisterskich i robieniem zdjęć do tabloidów.

Młody, zaradny, żyje sobie spokojnie w swoim zakłamanym światku, bez skrupułów potrafi oszukiwać nawet najbliższych. Przypadkowe odebranie przez niego znalezionego w przedziale pociągu telefonu komórkowego rozpocznie serię nieoczekiwanych zdarzeń, które połączą wszystkich bohaterów. Ich spotkania przyniosą zasadnicze zmiany w życiu każdego z nich.

Podobnie jak w Pogodzie na jutro Jerzy Stuhr zwraca uwagę na dwa pokolenia, które nie zawsze potrafią się zrozumieć, przy okazji jakiegokolwiek porozumienia tych dwóch pokoleń pojawia się zwykle wyrwa, przepaść nie do przeskoczenia. Tak jest i tym razem. Artystę to zderzenie pokoleń interesuje szczególnie. Bolesna przeszłość jednego z bohaterów nagle staje się motorem działań, które przybliżają nieco młode pokolenie do starego, choć dialog między nimi wydaję się być niemożliwy.

Ten film, porusza ważny problem mianowicie sprawę „teczek” SB. Sam twórca podkreśla, że nie jest to główny temat filmu, że teczki są jedynie pretekstem do psychologicznej opowieści o skutkach, jakie ze sobą niesie rozliczenie z przeszłością. Niewątpliwie jednak strach przed lustracją każe bohaterowi Zdzisławowi Dąbrowskiemu uciekać, zostawić rodzinę.

Moim zdaniem temat lustracji jest w tym filmie tematem pobocznym, na tle którego na pierwszy plan wysuwają się ludzie, ich losy, życia czasem bardzo zagmatwane. Może zabrzmi to banalnie, ale to film o miłości i o odpowiedzialności. Do czego można się posunąć, gdy się kogoś kocha, jak bardzo można zmienić swoje życie, jak ważna w miłości jest prawda. Ci młodzi bohaterowie Bartek i Ula oni to już wiedzą na końcu filmu, zaczynają życie razem od prawdy. To starsze pokolenie zbudowało swoje życie na kłamstwie i teraz ponosi za to karę.

Na uwagę zasługuje gra aktorów przede wszystkim Jana Frycza, który swoją grą udźwignął ciężar pokolenia, które musi się rozliczyć z czarną przeszłością. Ludzi, którzy na własnej szyi zacisnęli pętlę, a w teraźniejszości nie potrafią spojrzeć w twarz najbliższym.

Film swoją grą wzbogacają również młodzi aktorzy po raz pierwszy na dużym ekranie. Zostali doskonale poprowadzeni przez reżysera, ich gra jest lekka i swobodna. To studenci Jerzego Stuhra a zatem młodzi ludzie z wiedzą i warsztatem najlepszym. Nie zgodzę się z opinią zbulwersowanych, że aktorki grały złe i właściwie tylko piersi pokazywały. Jeśli ktoś gorszy się piersiami na ekranie to może powinien cofnąć się do bajek.

Nie zgodzę się, że film ma ton moralizatorski, dydaktyczny. Taką etykietkę przypięli artyście krytycy jakiś czas temu i trudno mu z nią walczyć. Dla mnie ten film ma szczególny wydźwięk, jest pochwałą prawdy, ona zawsze zwycięży. Kłamstwo, fałsz zawsze wyjdzie na wierzch z prawdą nie wygra nigdy. Dlatego ten obraz daje prawdziwą nadzieję, a nie poucza jak żyć.

Podróże z Ryszardem Kapuścińskim. Opowieści trzynastu tłumaczy


Niewidzialni samotnicy tak o tłumaczach mówił Anders Bodegard szwedzki tłumacz prozy Ryszarda Kapuścińskiego. Czasami niedoceniani, niezauważani a przecież tylu książek nie przeczytalibyśmy gdyby nie oni i ich ciężka, mozolna praca.

O mojej fascynacji Ryszarem Kapuścińskim, jego niezwykłym życiu, podróżach, doskonałych reportażach nie muszę już nikogo zapewniać. Książkę „Podróże z Ryszardem Kapuściskim. Opowieści trzynastu tłumaczy”, bo o niej mowa miała być prezentem – niespodzianką na 75 urodziny pisarza. To swoisty hołd złożony temu wielkiemu podróżnikowi przez trzynastu jego tłumaczy: Astrita Beqiraja z Tirany, Andersa Bodegarda ze Sztokholmu, Amerykanina Williama Branda, Klary Główczewskiej z Nowego Jorku, Tapaniego Karkkainena z Helsinek, Błagowesty Lingorskiej z Sofii, Mihai Mitu z Bukaresztu, Katarzyny Mroczkowskiej-Brand z Krakowa, Agaty Orzeszek z Barcelony, Veronique Patte z Paryża, Martina Pollacka z Wiednia, Duszana Provaznika z Pragi i Very Verdiani z Florencji.

Książka dodatkowo opatrzona jest wstępem, który napisał sam Ryszard Kapuściński „Tłumacz – postać XXI wieku”.

Każdy dokładny i wierny czytelnik jego książek, wie jak ważnym narzędziem był dla niego język ojczysty i jak trudnym język obcy. W swojej książce „Podróże z Herodotem” pisał „W miarę jak próbowałem zrozumieć coś z tego tekstu, rosły we mnie zniechęcenie i rozpacz. Poczułem się nagle schwytany w pułapkę, osaczony. Osaczony przez język. Język zdał mi się w tym momencie murem, który wyrasta na drodze i nie pozwala iść dalej, zamyka przed nami świat. Rzucony na głęboką wodę, nie chciałem jednak utonąć. Uznałem, że może mnie uratować tylko język”.

Ryszard Kapuściński o swoich tłumaczach wypowiada się bardzo ciepło, jak nikt inny docenia ich wyjątkową pracę i podkreśla ważną rolę tłumacza we współczesnym życiu. Dostrzega, że jesteśmy świadkami narodzin nowej roli i nowego miejsca tłumaczki i tłumacza w świecie, w kulturze i literaturze współczesnej.

Sięgając po tę książkę spodziewałam się opowieści o pracy nad tłumaczeniem książek skądinąd ciężkich do przełożenia, wymagających ogromnej wiedzy i wyczucia tematu. Szybko jednak przekonałam się, że książka nie jest spowiedzią tłumaczy ze swej mozolnej pracy, wręcz przeciwnie, to opowieści trzynastu osób, które poznały Ryszarda Kapuścińskiego osobiście i miały okazje na własnej skórze przekonać się, jakim ciepłym i oddanym innym i swojej pracy był człowiekiem. Ich opowieści przesycone są sympatią, szczególnym oddaniem swojemu Autorowi, niekiedy nawet walką by kolejną książkę też tłumaczyć jak to miało miejsce w przypadku Mihai Mitu rumuńskiego tłumacza.

Osobiście z niecierpliwością czekałam na ostatnią opowieść Very Verdiani włoskiej tłumaczki, dlatego, że ten język ukochałam sobie szczególnie. I nie zawiodłam się.

Dzięki tej książce dowiedziałam się o tym jak wyglądała wycieczka mistrza ze swoim szwedzkim tłumaczem do rodzinnego Pińska w 1997 roku, dowiedziałam się, że był pasjonatem zbierania długopisów i jak prosił Verę Verdiani by poszła z Nim na via del Corso w Rzymie kupić koszulę, która go zachwyciła bo on nie zna włoskiego.

Ta książka to trzynaście różnych opowieści, bardzo odrębnych, przez ich pryzmat poznajemy jeszcze raz Ryszarda Kapuścińskiego i jednocześnie dzięki Mistrzowi mamy okazję poznać trzynastu wyjątkowych „niewidzialnych samotników”.




Droga Cormac McCarthy


... Niczego nie było. Zakrzepła krew w liściach. Plecak chłopca zniknął. W drodze powrotnej natknął się na kości i skórę zasypane kamieniami. Kałuża flaków. Trącił kości czubkiem buta. Najwyraźniej je ugotowano. Żadnych strzępów ubrania.

Wypatroszona, spustoszona, jałowa kraina. Kości martwych stworzeń walające się w popiele. Śmietniki pełne nieokreślonych odpadków. Domy gospodarskie na polach odarte z farby, deski oblicówki podważone i wyrwane z umocowań. Wszystko pozbawione cienia i cech.

Woń spalenizny, wędrowali w nawiewach dymu, w porywach wiatru unosił się on z ziemi jak mgła, a cienkie czarne drzewa płonęły na stokach niczym skupiska pogańskich świec...


Sięgam po książkę, która jeśli o mnie chodzi jest arcydziełem. Droga Cormaca McCarthy’ego porywa, poraża, zmienia, wywołuje grymas na twarzy. Nie pamiętam już kiedy czytałam coś tak dobrego.

Droga to historia najprawdopodobniej o końcu świata. Piszę najprawdopodobniej, bo wszystkiego w tej książce musimy się domyślać. Choć nie mamy wprost informacji o końcu świata, nie mamy wątpliwości, że on nastąpił. Nie ma roślin, zwierzęta wyginęły. Ludzie jeśli jacyś pozostali zmienili się w kanibali, bo tylko tak mogli przeżyć. Wśród woni spalenizny, popiołu, permanentnego chłodu wędruje mężczyzna z kilkuletnim synkiem. Nic o nich nie wiemy, nie znamy ich imion, nie wiemy jakim cudem przeżyli katastrofę. Wiemy tylko, że zmierzają na Południe bo być może tam będzie cieplej. Jedynym celem mężczyzny jest przetrwać i ochronić syna. Dźwiga ze sobą naładowany rewolwer by w razie niebezpieczeństwa go zabić.

Mężczyzna wymyśla dla chłopca zabawę, że niosą ze sobą ogień. Chłopiec bierze sobie to dosłownie i nazywa ich dobrymi ludźmi. Chce pomagać każdemu spotkanemu na drodze człowiekowi, nie zdając sobie sprawy z tego, że może to być śmiertelnym zagrożeniem. Jest w nim tak dużo naiwności i chęci naprawy tego, co jeszcze naprawić można, że gotów jest oddać ostatni kawałek chleba.

Styl tej opowieści jest porosty. Dialogi jeśli już się pojawiają są krótkie i zwięzłe. Nie ma ani jednego zbędnego zdania. I to lubię. Opowiedzieć historie porażającą, wciągającą przy użyciu najprostszych zdań, nie posługując się zdrobnieniami, udziwnieniami, tak charakterystycznym dla dzisiejszego języka śmietniskiem słów bez znaczenia.

Odnoszę wrażenie, że koniec świata może wyglądać właśnie tak. Choć nie chcę się nad tym zastanawiać, to jednak po tej lekturze spoglądam na ziemię naszą z litością. Sami zamknęliśmy się w klatce, z której już się nie wydostaniemy. Któregoś jeszcze pięknego, słonecznego dnia ktoś naciśnie czerwony przycisk i ten nasz kolorowy raj zamieni się w spopielały padół.

Ucieczka do przodu - rozmowa z Jerzym Stuhrem


Wszystkie książki o Jerzym Stuhrze, czy wywiady z nim pochłaniam w zaskakująco szybkim tempie. Za każdym razem, gdy zbliżam się do końca zwalniam, bo nie chcę by te rozmowy się kończyły. Tak mogłabym w dużym skrócie opisać ostatnią książkę – wywiad z aktorem „Ucieczka do przodu! Jerzy Stuhr od A do Z w wywiadach Marii Malatyńskiej” wydawnictwa Znak.

Książka została wydana z okazji 60 urodzin artysty i premiery filmu Korowód. Jej nietypowa forma to swoisty alfabet artysty. Zebrane w poszczególne rozdziały rozmowy były od 2004 roku publikowane na łamach Gazety Krakowskiej i nosiły tytuł Jedno pytanie do J.S.

349 stron rozmowy, która wciąga i daje do myślenia. Z kart książki wyłania się człowiek o zupełnie innej twarzy niż ta, którą kojarzymy. Twarz komediowego błazna, z którą jest kojarzony od czasów Seksmisji zamienia się w poważnego aktora, który we Florencji na scenie stawał obok Adriany Asti u Harolda Pintera. To opowieść o bezustannym przekraczaniu własnych granic, permanentnym doskonaleniu własnego warsztatu teatralnego i filmowego. Tytan pracy, jedyny polski aktor, który jest członkiem Europejskiej Akademii Filmowej, rektor i pedagog Szkoły Teatralnej w Krakowie. Człowiek, który jak nikt inny potrafi dzisiaj rozmawiać z młodymi ludźmi, który tego kontaktu z młodym człowiekiem szuka by nie kroczyć bocznym torem.

Książka jest wzbogacona licznymi anegdotami opowiadanymi przez aktora, przepiękną opowieścią o Krzysztofie Kieślowskim, i przede wszystkim, co mnie interesowało najbardziej, artysta wplata w swoje opowieści sceny z artystycznego życia we Włoszech, gdzie jest popularny tak samo jak w Polsce.

Książkę polecam nie tylko tym, którzy interesują się teatrem i filmem, ale także tym, którzy Jerzego Stuhra zaszufladkowali i kojarzą tylko z rolami komediowymi. Jestem przekonana, że książka nie zanudzi, bo rozmowa z takim erudytą może nas tylko wzbogacić i nakłonić do ciągłego poszukiwania i ciężkiej pracy nad sobą.

Dałem głos ubogim Ryszard Kapuściński


Tą książkę mam już od dłuższego czasu, ale dopiero teraz pojawia się wzmianka na jej temat. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, mianowicie każde zdanie było dla mnie takie ważne, że nie chciałam by się tak prędko ta moja przygoda z tą książką kończyła.

Dałem głos ubogim to zapis ostatniego spotkania Ryszarda Kapuścińskiego z uczniami i studentami z włoskiego miasta Bolzano, tego samego miasta, w którym kiedyś mieszkał Bronisław Malinowski. To biografia Kapuścińskiego napisana przez Natalię Mosny i Alberto Conciego. To słowa jego żony Alicji Kapuścińskiej. Wreszcie to wspomnienia jego najbliższych przyjaciół. O Ryszardzie Kapuściskiem snują opowieści Paolo Rumiz, Francisco Comina, Paolo Grigolli, Jarosław Mikołajewski i Magdalena Szymków.

Zdaję sobie sprawę, że zrecenzować tej książki się po prostu nie da, bo nie można oddać tego wszystkiego, o czym piszą ludzie, którzy byli obok niego, słuchali go, to trzeba przeczytać jednym tchem. Postanowiłam, zatem umieścić tu kilka moich ulubionych już fragmentów, niech tym razem to będzie moje dla Was o tej książce wspomnienie.

„ Ma Pan chyba jakąś swoją Itakę?

„ Nie, Odyseusz błąkał się po świecie, ale marzył o powrocie. Ja tak nie mogę. Jestem skazany na błądzenie. Nie mam schronienia. Uprawiam wyniszczający zawód, nie żyje się długo, jeśli traktuje się go poważnie. Należałoby się zatrzymać, jak liniowi piloci. Nie da rady jednak się od tego odciąć”.

„Uważam, że każdy reporter musi odczytywać rzeczywistość swoimi oczami, na swój sposób, według możliwości i zdolności, jakie posiada. Nie ma metody idealnej dla wszystkich. Nasz zawód to trudna profesja, wymaga precyzji, szacunku dla ludzi, dokładności. Informacje, które przekazujemy, muszą być weryfikowane, kontrolowane, czytane wiele razy. Powierzchowność nie przystaje do tego zawodu”.

„Trzy możliwości stały zawsze przed człowiekiem, ilekroć spotkał się z Innym: mógł wybrać wojnę, mógł odgrodzić się murem, mógł nawiązać dialog. (…) Doświadczenie przebywania latami wśród dalekich Innych uczy mnie, że tylko życzliwość dla drugiej istoty (…) może poruszyć w niej strunę człowieczeństwa”.

Wiek żelaza Coetzee John Maxwell


O takiej samotności jeszcze nie czytałam, takiej samotności nie chciałabym doświadczyć.

J.M Coetzee i jego Wiek żelaza, przeszywa bezlitośnie każdym zdaniem. To stadium powolnego zamykania oczu, żegnania się z rzeczywistością, która nas już nie potrzebuje, jasno daje odczuć, że człowiek nie jest już nikomu potrzebny i musi udać się na bocznicę, bądź całkowicie wycofać się z podróży.

Historia siedemdziesięcioletniej Elizabeth umierającej na raka i piszącej ostatni list do ukochanej córki, która zostawiła ziemię Afryki Południowej i wyjechała do Stanów Zjednoczonych. W dniu, w którym dowiaduje się, że jej dni są policzone na jej drodze staje bezdomny włóczęga, dla którego życie to już tylko jałowy oddech.

Tych dwoje samotnych i starych ludzi nie oczekuje od życia nic ponad to, co samo może im jeszcze zaoferować, być może samych siebie w ostatnich dniach. Nagle stają się sobie bliscy w epoce żelaza. Główna bohaterka powie, że ufa mu, ponieważ nie ma do niego zaufania, że kocha go, bo go nie kocha, bo jest słabą trzciną, na której się opiera. List, który piszę do swojej ukochanej córki uświadamia jej, że daleki świat, w którym obecnie żyje jest dla niej niczym, że jej córka i jej wnuki powoli rozmywają się, znikają, nie są już w stanie zrozumieć jej samotności w Afryce Południowej.

Coetzee wreszcie rysuje tło czasów, w których przyszło Elizabeth umierać. Wiek żelaza jak czasy te nazywa, to moment ludzi młodych, silnych, walczących. Dla takich jak ona, białych mieszkańców kraju, nie ma już miejsca. Narasta w niej uczucie, że stąpa po czarnych twarzach, które czekają, żeby sobie poszła, czekają, żeby znowu powstać.

Nie jest to jednak książka polityczna o Południowej Afryce, bardziej o jednostce samotnej i wyobcowanej w ciężkiej rzeczywistości, która nie daje nadziei, w rzeczywistości, która człowieka inteligentnego, doświadczonego spycha na dalszy plan. To książka o bólu samotności, wołaniu o miłość.

Dom nad rozlewiskiem Małgorzata Kalicińska



Zmęczona nieco literaturą wymagającą ode mnie ciągłego skupienia i wysiłku sięgnęłam po coś lekkiego i przyjemnego. Dom nad rozlewiskiem Małgorzaty Kalicińskiej do takich książek właśnie należy.

Bohaterka powieści, dojrzała kobieta, znalazła się na słynnym zakręcie, straciła pracę w agencji reklamowej, bo dzisiaj liczy się młodość, polot, pomysł, nie nadążasz, więc musisz odejść. Jej życie rodzinne też pozostawiało wiele do życzenia. Postanowiła, więc opuścić Warszawę, betonową dżunglę i zamieszkać, nie boję się użyć tych słów w najpiękniejszym zakątku Polski na Mazurach. Chciała odzyskać mamę, z którą kontakt utraciła w dzieciństwie, poukładać swoje życie, uczesać myśli, skupić się na sobie i swoich najbliższych. Zadziwiające, że dopiero tam na łonie natury gdzie rytm dnia wyznacza przyroda i zmieniające się pory roku odnalazła spokój i szczęście.

Banalne prawda? Proste, można powiedzieć, to już było, niczym nas nie zaskoczy. Zdziwicie się jak może zaskoczyć i zaczarować. Na chwilę ma się ochotę razem z Małgosią główną bohaterką pójść na spacer, poczuć zapachy, o których tak barwnie pisze, zrobić konfitury z jagód, czy po prostu wykąpać się w nocy w jeziorze.

Jest to książka o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, o nieustannej chęci poszukiwania, bo przecież, gdy się jest po pięćdziesiątce to, dlaczego nie można wszystkiego w życiu zmienić, wyjechać i rozpocząć od nowa.

Życie czasem pisze dziwne scenariusze, ale trzeba je zagrać jak najlepiej, po mistrzowsku.

Dla mnie ta książka jest wyjątkowa z kilku powodów. Po pierwsze, dlatego, że jest prawdziwa i dosadna. Autorka nie owija w bawełnę, nie rezygnuje z poruszenia ważnego problemu, jakim jest alkoholizm na polskich wsiach, z którym boryka się co druga rodzina.

Po drugie między wierszami możemy odnaleźć nietuzinkową osobowość autorki, jej zainteresowania i zamiłowania do muzyki klasycznej, malarstwa, i uwaga kuchni – książka jest bowiem wzbogacona licznymi przepisami kulinarnymi.

Wreszcie po trzecie, na ułamek sekundy, choć 494 strony to nie znowu taki ułamek sekundy, mogłam znaleźć się w innym świecie, świecie rodziny, o której się marzy. Jedni mają to na wyciągniecie ręki a inni muszą stworzyć ją sami. Mam na myśli tę atmosferę rodzinną, która rodzi się zawsze tam gdzie jest miłość. I o tym jest ta książka.

Szczególnie polecam tym, którym brakuje powietrza w betonowej dżungli…..

Z niecierpliwością otwieram Powroty nad rozlewiskiem drugą książkę Małgorzaty Kalicińskiej. Tym razem bohaterką jest Basia, mama głównej bohaterki Domu nad rozlewiskiem.

Wielu jest wezwanych, lecz mało wybranych

Siedzę wygodnie w fotelu i czekam. Z rysującym się na mojej twarzy oczekiwaniem i podnieceniem staram się obserwować reakcje osób siedzących w pobliżu, bo reakcje osoby siedzącej obok mnie dobrze znam i wiem, dlaczego razem pojawiliśmy się tego wieczoru w Teatrze Wielkim w Poznaniu, zwabieni ciekawością, czym tym razem zaszokuje nas Ewa Wycichowska. Piszę zaszokuje, bo słowo szok, odkąd sięgam pamięcią zawsze mi się z Ewą Wycichowską kojarzyło, a szokować, zadziwiać i wciągać, to chyba odpowiednie słowa, by wyrazić to, co dzieje się na scenie podczas przedstawień jej autorstwa. A osobowość to nie byle jaka, to synonim pasji zawodowej, nieustającej drogi poszukiwań i odwagi twórczej.

Gasną światła, cisza. Spektakl „…a ja tańczę” czas zacząć.

Raz, dwa, trzy. Stop. Źle, jeszcze raz, słyszymy słowa.

Na deskach teatru pojawia się pierwsza aktorka – tancerka, której rola przywodzi na myśl nauczyciela, egzaminatora. I rzeczywiście to kobieta (w tej roli Mariola Hendrykowska wieloletnia primabalerina Teatru Tańca jeszcze z czasów Konrada Drzewieckiego), która egzaminuje, przeprowadza casting, surowo odrzuca kolejnych tancerzy pojawiających się na scenie, jasno dając do zrozumienia, że do tańca się nie nadają. Każdy tancerz poddawany jest próbie i ocenie swoich umiejętności, nie sprawdza się, nie wpisuje w gusta, nie ma go, znika, ginie w otchłani bezruchu, w tym przypadku dosłownie ginie, spadając w wielki dół (orkiestron). I już go nie ma, nie ma co rozpaczać, casting toczy się dalej. Następny proszę.

Kolejnym artystą okazuję się nikt inny, jak sam Leszek Możdżer, który dobrze poruszać się co prawda nie potrafi (przynajmniej nie na tej scenie i nie podczas tego wieczoru) ale zasiada do fortepianu i nie po raz pierwszy przekonuje mnie, że grając na tym instrumencie poniesie mnie bardzo daleko. Co też czyni doskonale podczas całego spektaklu, nakładając swoje improwizacje na muzykę Jacka Wierzchowskiego. Selekcja została dokonana. Każdy zajmuje swoje miejsce, przyjęci tancerze zostają na scenie, nie przyjęci odchodzą. Wędrówkę czas zacząć, wędrówkę, gdyż spektakl „…a ja tańczę” jest swoistą wędrówką poprzez wcześniejsze realizacje Ewy Wycichowskiej. Ożywają fragmenty spektakli sprzed lat „Już się zmierzcha”, „+ ,– skończoność”, „Święto wiosny”, „Transss…Nieprawdziwe zdarzenie progresywne”, „Skrzypek opętany” czy niezapomniane „Niebezpieczne związki”. Wspomnienie to, mogłoby się wydawać przyjemnym, gdyby nie fakt, że te fragmenty, to już nie to samo, co kiedyś. Ktoś, kto miał przyjemność widzieć wszystkie spektakle dostrzega różnice. Tym razem nie chodzi tylko o przyjemne wspomnienie czy też podsumowanie 30 lat wspólnej pracy Polskiego Teatru Tańca. Warto może dodać, że spektakl „… a ja tańczę” jest „podarowany” miłośnikom tańca z okazji 30 urodzin Polskiego Teatru Tańca zrodzonego przez Konrada Drzewieckiego, a kontynuowanego właśnie przez Ewę Wycichowską.

Za tym ruchem na scenie – zdaję się opętanym, trudnym, bolesnym do granic wytrzymałości, kryje się coś więcej. Jest to egzamin z umiejętności, talentu, wrażliwości, a surowym egzaminatorem jest nikt inny jak sama Ewa Wycichowska, która czuwa nad całym spektaklem i ożywia go swoją obecnością.

Tym razem jednak tancerze Ewy Wycichowskiej poprzez fragmenty poszczególnych spektakli tworzą swój własny minispektakl, jakby chcieli pokazać, że egzaminy zdają na piątki. Doskonały taniec, niezwykła sprawność ciał, wyczucie rytmu, to tylko niektóre z możliwości tancerzy Polskiego Teatru Tańca, o których nie można nie wspomnieć. Anna Gruszka, Iwona Pasińska, Ewa Sobiak, Lidia Woś, Rustan Biełow, Konrad Stefański, i Przemysław Grządziela jak zwykle nie zawiedli. Szczególnie zapadły mi w pamięci role kreowane przez Konrada Stefańskiego i Annę Gruszkę, w każdym z przedstawianych fragmentów.

Muszę przyznać, że podczas każdego spektaklu czekam z niecierpliwością na ich wystąpienia, podobnie dzieje się podczas „… a ja tańczę”. Po raz kolejny pokazują swój kunszt, przełamują na scenie własne przyzwyczajenia, rozszerzają z każdą minutą swoje umiejętności, burzą skostniałe formy. Mam wrażenie, że stoi za nimi ponadczasowa, uniwersalna prawda, że ruch, taniec, gest, to coś więcej, niż słowo. Taniec jest w nich, w ich ciałach, w ich umysłach, w gestach. Zaczyna rodzić się między nimi miłość, każda i ta spokojna, delikatna i ta burzliwa, pełna namiętności i erotyzmu. Miłość odgrywa tu ważną rolę, ma siłę scalającą poszczególne fragmenty. Miłość zresztą była i jest nadal, kluczowym elementem spektakli Ewy Wycichowskiej. Nie tylko ta miłość łącząca dwie osoby, ludzka, przyziemna, ale także ta, która daje tym tancerzom siłę, wiarę i chęć. Tą miłością bez wątpienia jest taniec, zwłaszcza, gdy się patrzy i żywo uczestniczy w tym ruchomym świecie. Właśnie to porusza mnie podczas każdego spektaklu, a z czego zdaję sobie sprawę dopiero podczas „… a ja tańczę”, coś, co pozwala mi wkroczyć w inny świat i nie pozwala zapomnieć jeszcze przez długi czas.

Taniec artystów, ich warsztat i ruchy, którymi wyrażają niemal każdą emocję. Ból, żal, cierpienie, miłość, radość i szczęście.

Rodzi się zatem pytanie, czym jest taniec? Sztuką, grą, darem, przekraczaniem granic, przełamywaniem barier. Odpowiedź nasuwa się natychmiast. Jest miłością i to wiem na pewno. Utwierdzam się w swoim przekonaniu, wychodząc z teatru i obserwując ludzi, na których twarzach maluje się podobny zachwyt i trzymając za rękę osobę, która czuje dokładnie to samo, co ja. Ewa Wycichowska po raz kolejny zmusza do myślenia, do refleksji nad własnym życiem, nad miłością.

Czym zatem jest życie? Egzaminem, ciągłym doskonaleniem się, pokonywaniem kolejnych trudności czy wchodzeniem na coraz wyższy szczebel?

Jest wiarą w to, że to Ja kreuję swój świat i że to Ja sama wybieram mistrza, egzaminatora, który nad wszystkim czuwa, który ma władzę stwórczą i dzięki któremu potrafię iść dalej swoją drogą bez poczucia straty, bo to jest moja droga, lepsza lub gorsza, ale moja.

Niewielu jest twórców, którzy podobnie jak Ewa Wycichowska potrafią zachwycić, wzbudzić emocje, wstrząsnąć i poprowadzić do bram samego siebie, do pokonywania własnych barier. Dziwne jak wszystko co niemożliwe, nagle zaczyna wydawać się możliwym…..

idea i choreografia: Ewa Wycichowska
muzyka: Jacek Wierzchowisk
improwizacje fortepianowe: Leszek Możdżer
cytaty muzyczne: M. Nyman, J. S. Bach, I. Strawiński
L. van Beethoven, H. M. Górecki
Scenografia: Małgorzata Szczęśniak
Asystent scenografa i współpraca kostiumograficzna: Ilona Binarsch
Premiera: 25 czerwca 2003 na scenie Teatru Wielkiego im. S. Moniuszki w Poznaniu.

4 miesiące, trzy tygodnie i dwa dni

Lista filmów, które przykuwają swoją siłą poszerza się o kolejny doskonały obraz. 4 miesiące, trzy tygodnie i dwa dni uderza mocno, boleśnie i głęboko. Trudno wyjść z kina nie poruszonym. Rumuński reżyser Cristian Mungiu przedstawia historię, która w odbiorze paraliżuje nawet najtwardszych.

Bukareszt. Rok 1987. Schyłek epoki Ceausescu. Komunistyczna Rumunia. Czarny rynek. Kolejki do sklepów. Ciemne ulice. Łapówki. Antykoncepcja nie istnieje. Aborcja karana więzieniem. Bloki slumsy. Hipokryzja ludzi. Ucisk władzy. Arogancja. Strach.

W tym świecie czarnej przestrzeni śledzimy losy dwóch koleżanek - studentek, które razem mieszkają w jednym z szarych akademików, Otylii i Gabity. W absurdalnej rzeczywistości muszą zmierzyć się z własną słabością.

Gabita chcę usunąć niechcianą ciążę, pomaga jej zaradna Otilia, która zajmuje się organizacją całego skomplikowanego „przedsięwzięcia”, odciążając niezaradną Gabitę, która zachowuje się jak sparaliżowana sytuacją, przestraszona, niemalże nieprzytomna. Wynajmuje pokój w hotelu – co już graniczy z cudem, spotyka się z lekarzem o dziwnym przydomku – Pan Bebe, wspiera koleżankę i co najgorsze poświęca się dla niej tracąc szacunek do siebie samej. Dziewczyny przez moment znajdują się w samym piekle. Za wszelką cenę próbują dokonać tego, co sobie wcześniej zaplanowały, cena jest bardzo wysoka, okazuje się bowiem, że lekarzowi nie wystarcza 2700 lei, domaga się jeszcze innej, dodatkowej opłaty.

W centrum wydarzeń znajduję się Otylia. To jej kroki śledzimy przez 103 minuty. Można powiedzieć, że gdyby nie jej zaradność całe przedsięwzięcie nie doszło by do skutku. Jest z pewnością jedną z tysiąca kobiet, które w złym systemie walczyły z codziennością, skostniałymi przepisami. W mistrzowskiej scenie Otilia znajduję się na urodzinowym przyjęciu matki swojego chłopaka. Siedzi przy stole i wysłuchuje bzdurnej paplaniny, tak bardzo będącej bez znaczenia w obliczu dramatu, który właśnie rozgrywa się w hotelu. Obserwujemy jej twarz bez wyrazu jakby dotarł do niej bezsens ostatnich wydarzeń. Możemy się domyślać, co dociera do niej gdy słucha miałkich rozmów przy urodzinowym stole, być może dochodzi do wniosku, że tak może wyglądać jej życie, jeśli zdecyduje się założyć rodzinę ze swoim chłopakiem, którego najbliżsi i tak traktują ją jak kogoś z niższych sfer.

Film kończy się sceną równie groteskową, obie przyjaciółki siedzą przy stole w hotelowej restauracji, kelner podaje mięso, obie postanawiają nie rozmawiać o tym co stało się na górze w pokoju. Dusi nas kompletny brak jakichkolwiek emocji u Gabity. Tylko zimny wzrok Otilii. Scena zostaje nagle ucięta, nie ma żadnej pointy.

Bezustannie zastanawiałam się jak można żyć w takim świecie. Byłam w Rumunii kilka lat temu i choć ten kraj już wtedy mnie przerażał, nie wiem jak bym odebrała Rumunię w ‘87 roku. Scena gdy Otilia biega po ciemnym mieście szukając miejsca by wyrzucić płód, przypomniała mi to miasto, w którym sama nie mogłam odnaleźć drogi, było ciemno, tak ciemno, że nie można było poruszać się po mieście, trzeba było przeczekać na dworcu aż do rana. Wszędzie biegały psy, stada psów, wychudzonych, głodnych psów.

Ten film to nie jest film tylko o aborcji, o problemie, z którym borykało się tysiące kobiet w kraju, w którym prokreacja była obywatelskim obowiązkiem, w którym antykoncepcja i aborcja groziły karą więzienia, w którym kobiety umierały po nielegalnych zabiegach. To także wykorzystując historię dwóch bezbronnych dziewczyn mistrzowsko pokazane tło i obraz całego społeczeństwa. Wystraszonego, zalęknionego, brudnego, ciemnego i permanentnie zaszczutego. O tym jak życie tych ludzi wyglądało dowiadujemy się z rozmowy przy stole. Ci ludzie próbują błahostkami, rozmowami o malowaniu pisanek czy dobrym i złym pochodzeniu zamalować prawdę.

Można na ten film spojrzeć także jak na obraz oskarżający mężczyzn. Gdzie jest ojciec dziecka? Pan Bebe to cham wywołujący w nas obrzydliwe skojarzenia, odrażający gość, który zasługuje na najgorsze, wreszcie chłopak Otylii, w zasadzie najmniej szkodliwy chociaż jego gotowość na miałkie życie podobne do życia swoich rodziców jest równie odrażające jak on sam.

To film ciszy, wewnętrznego dramatu, słabości jednostki w systemie, który wpływa na jej istnienie….

Irina Palm

Gdzie jest napisane, że by przyciągnąć widzów do kina potrzeba spektakularnych wyczynów, nieprzewidywalnych akcji?

Właśnie wróciłam z kina, gdzie zobaczyłam film, który mną wstrząsnął, a ponieważ należę do osób, które za kinem akcji nie przepadają trafiłam w dziesiątkę.

„Irina Palm”bo o nim mowa z doskonałymi rolami słynnej Marianne Faitfuhll i Mikiego Manojlovica.

Reżyser Sam Garbarski bardzo oszczędnie rysuje historię, która zmusza nas do chwili refleksji i zastanowienia.

Rysuję on mianowicie historię Maggie, niemłodej już kobiety, wdowy, babci, która za wszelką cenę chce by jej wnuczek Olli miał szansę wyzdrowieć, by jednak tak się stało, potrzeba pieniędzy na leczenie w Australii. Szukając rozwiązania, Maggie trafia do miejsca gdzie pewnie nie trafiłaby nigdy, bo do sex clubu. Tam każdego dnia doprowadza mężczyzn do rozkoszy nie patrząc im nawet w oczy. Pod pseudonimem Irina Palm z czasem staje się najlepszą w tym dość „oryginalnym„ zajęciu.

Marienne Faithfull gra ucieleśnienie ofiarności, kobietę gotową zrobić wszystko dla najbliższych.

Pomimo nieśmiałości i zażenowania godzi się na czynność napawającą ją z początku obrzydzeniem, tylko po to, żeby pomóc bliskim. Śledząc jednak powoli jej losy zauważamy, jak z nieśmiałej, zahukanej nieco mieszkanki małej podlondyńskiej miejscowośc,i przeistacza się w pewną siebie kobietę, gotową walczyć z trudną rzeczywistością.

Bardzo ciekawie, moim zdaniem, reżyser przedstawił konfrontację pewnej siebie już Maggie ze światem swoich „przyjaciółek”, reprezentujących prowincjonalną klasę średnią. Bohaterka kilkoma prostymi zdaniami demaskuje angielskie matrony.

Trzeba zatrzymać się przez chwilę na grze Marienne Faithfull. Aktorka gra fantastycznie, jest przejmująco prawdziwa, przez cały film śledzimy jej powolną, wyprostowaną postawę.

Ten sam wyraz twarzy, jakby to wszystko, co się dzieje, nie działo się w niej tylko gdzieś obok. Kroczy wyprostowana jakby spełniała jakąś misję, choć wiemy, że kosztuje ją to wiele.

Nie zgadzam się z opiniami surowo oskarżającymi Marienne Faithfull demaskując ją jako aktorkę, przypomnę, że od aktorstwa zaczynała swoją karierę. W tej roli jest zadziwiająco wiarygodna, piękna, wrażliwa i prawdziwa.

Nie przejdę też obojętnie wobec gry Mikiego Manojlovica, aktora znanego między innymi z filmu E. Kusturicy „Underground”. Od początku miałam wrażenie, że nie skrzywdzi Maggie. Pod maską cynizmu kryła się wrażliwość, która pozwoliła mu otworzyć się przed przyjaciółką.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że stworzyli jedną z najpiękniejszych par współczesnego kina.

Na uwagę zasługuję też rola Kevina Bishopa – syna Maggie i scena, w której krzyczy po raz pierwszy od pięciu lat, błagając o możliwość wyrażania siebie.

Ten wyjątkowy film pozwala nam na chwilę zastanowić się, do czego zdolny jest człowiek chcąc ratować najbliższych. Jakie granice samego siebie jest w stanie przekroczyć? Jaką siłę w sobie może mieć? Dla mnie ten film jest nieprawdopodobnie prawdziwy, pomimo permanentnej szarości obrazu, dostrzegam w nim barwną nadzieję na jutro…..

„Królowa piękności z Lennane”


Wczorajszy wieczór zaliczam do bardzo udanych, a wszystko to, za sprawą ciągle wyjątkowego spektaklu „Królowa piękności z Leenane” w reżyserii Roberta Glińskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu. Używam słowa ciągle nie bez powodu, bowiem od czasu śmierci Krystyny Feldman zastanawiałam się kto i jak zagra jedną z głównych ról w tym spektaklu. Choć dzisiaj odbieram to przedstawienie już nieco inaczej niż kilka lat temu, ciągle jest dla mnie wyjątkowe.

Kontrowersyjny dramaturg Martin McDonagh umieścił akcję dramatu w irlandzkiej wsi Lennane w regionie Connemara. Życie bohaterów przesycone jest pustką, poczuciem beznadziei. Bohaterów przedstawienia obserwujemy w obskurnej, ciemnej kuchni, słabo oświetlonej, co jeszcze bardziej potęguję wrażenie marazmu ich codzienności.

Akcja dramatu toczy się wokół Maureen Folan, czterdziestoletniej starej panny, której życie polega na bezustannej opiece nad siedemdziesięcioletnią zniedołężniałą matką Mag.

Obie skazane są na nieustanną wojnę między sobą. Maureen obwinia matkę za swoje niepowodzenia sercowe, w okrutny sposób przypominając jej każdego dnia, że nie może doczekać się jej śmierci, karmi ją byle czym i dopuszcza się w stosunku do matki okrucieństwa. Matka zaś w obawie przed samotnością robi wszystko co w jej mocy by nie dopuścić do córki żadnego mężczyzny, kłamie, pali przychodzące do niej listy. Obie walczą codziennie przegrywając. W rezultacie ich życie przypomina pasmo przykrości, wzajemnych złośliwości i braku nadziei na jutro.

Pojawia się i mężczyzna Pato Dooley. Rozczarowany podobnie jak Maureen samotnością, postanawia skorzystać z nadarzającej się okazji i wyjechać do pracy do Bostonu, pragnie jednak zanim wyjedzie oświadczyć się Maureen i zabrać ją ze sobą. Niestety list, który do niej wysyła trafia w ręce matki.

Doskonała gra aktorów nasiliła jeszcze bardziej chłodną atmosferę spektaklu. Nie sposób nie wymienić, wspaniałej jak zwykle aktorki Teatru Nowego, Danieli Popławskej, grającej córkę. Jej gra jest bardzo prawdziwa, chłodna. Maureen w jej wykonaniu jest ordynarna i zaszczuta, momentami przegrana, w sytuacji bez wyjścia. Współczucie, które można mieć w stosunku do Jej Maureen znika przy końcu spektaklu.

Trzeba też wspomnieć o aktorce, która zagrała matkę. Irena Grzonka, bo o niej mowa, wzięła na swoje barki bardzo trudne zadanie, ale wykonała je po mistrzowsku. Domyślam się, że zastępowanie w tej roli Krystyny Feldman to ogromne przeżycie. Podobała mi się Jej Mag. Mistrzowska złośliwość. Pod płaszczykiem schorowanej, biednej, samotnej kobiety ukryła się kobieta bezczelna, podła i cyniczna.

Mariusz Puchalski w roli Pato jak zwykle urzekający i Grzegorz Chołuj w roli Raya, którego możemy odebrać jako prześmiewcę miejsca, w którym wszyscy żyją. Jedyna postać, która potrafi się śmiać z zaistniałej sytuacji.

Spektakl ten to mistrzowskie ukazanie psychologii kobiet, które są na siebie skazane. To spektakl o samotności, złośliwości, nienawiści i żalu, ogromnego żalu do drugiego człowieka za swoje własne niepowodzenia. Tak łatwo osądzać innych za to, czego nam się nie udało osiągnąć. Tak jest o wiele prościej. Zagłuszamy wtedy w sobie poczucie winy za stracony czas i strach przed czymś nowym i nieznanym.

Wczorajszy wieczór był jeszcze bardziej wyjątkowy, a to dlatego, że zaraz po nim odbyło się uroczyste odsłonięcie Zaułka Krystyny Feldman. Od czasu jej śmierci zastanawiano się jak zatrzymać pamięć o niej. Od tej pory ten skrawek przestrzeni będzie należał tylko do niej i dzięki niemu nikt o Krystynie Feldman – naszej poznańskiej aktorce - nie zapomni. Przepiękne wspomnienie o „swojej Krysi” opowiedziała wczoraj Daniela Popławska, dziękując jej jeszcze raz za tyle lat wspólnej pracy i przekonując nas wszystkich, tam zebranych o tym, że Krysia ciągle jest wśród nas, że jej duch pozostanie zawsze w Teatrze Nowym w Poznaniu.


Tekst już nieco pokrył kurz...

Kontrabasista Patrik Suskind


Jerzy Stuhr


Monodram ma to do siebie, że by był przejmujący i wiarygodny musi być dobrze zagrany. Jeden aktor musi udźwignąć na swoich barkach ciężar niekiedy graniczący z cudem.

Jeśli jeden tekst gra się już od ponad dwudziestu lat, to musi się za tym ukrywać prawdziwy talent!

Tak jest w przypadku Jerzego Stuhra i monodramu Kontrabasista, który miałam przyjemność obejrzeć 18 stycznia br. na scenie PWST w Krakowie. Moja podróż aż z Poznania nie była stracona wprost przeciwnie, mogłam na własnej skórze przekonać się jak cudownym i wiarygodnym aktorem jest Jerzy Stuhr. Słów wspaniałych pod jego adresem nie będę wypisywać dlatego, że jest to mój ulubiony aktor, ale dlatego, że ten spektakl to było mistrzostwo w wyrazie, całkowite opanowanie widza, gra tak doskonała, że wręcz zmuszająca do refleksji do pochylenia się nad własnym niekiedy bez wyrazu życiem.

Tytułowy Kontrabasista to człowiek, który całe swoje życie poświęcił jednemu instrumentowi, to opowieść o człowieku, który nie potrafi żyć bez tego instrumentu, który choć zmarnował mu życie, to jednak jest całym jego życiem. To opowieść o samotności, o permanentnym monologu do instrumentu, który w orkiestrze nigdy nie zagra pierwszych skrzypiec. Tytułowy kontrabasista, wylewa swe żale przed kontrabasem, przez który nigdy nie udało mu się nawet umówić z kobietą. Wielka śpiewaczka, do której bohater wzdycha jest nieosiągalna dla niego, ponieważ on przecież gra tylko na kontrabasie, choć przez cały spektakl próbuje nas przekonać do tego, że kontrabas jednak wielkim i ważnym instrumentem jest. Wielki instrument jest winny wszystkich niepowodzeń w życiu bohatera. W końcu przyznaje się przed samym sobą, że jest nikim, że nie dokonał w życiu niczego ważnego, że jest tylko nic nieznaczącym, mało zarabiającym muzykiem. Ten fragment spektaklu jakoś głęboko zapadł mi w pamięci, przypominam sobie, że właśnie o tym rozmawiałam z przyjaciółmi, z którymi oglądałam spektakl. Ile razy zastanawiamy się, że to, co robimy nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia, jest nic nie warte, ile razy wydaje się nam, że gramy w swoim życiu pierwsze skrzypce a przynajmniej, że chcielibyśmy żeby tak było, podczas gdy jesteśmy tylko nic nieznaczącym instrumentem gdzieś daleko w orkiestrze życia. Ta wiadomość spada na człowieka któregoś pięknego dnia i życie wtedy zaczyna przybierać zupełnie inne barwy.

Tekst Patrika Suskinda jest być może właśnie dlatego taki uniwersalny, że zawsze znajdzie się ktoś kto w tym odnajdzie siebie, odbierając ten tekst jako atak we własną osobę zrozumie, że życie to nie jest ciągłe granie pierwszych skrzypiec i postara się odnaleźć siebie w tym drugim a być może i trzecim rzędzie, bo nie ma w tym nic złego tylko to trzeb zrozumieć a bohater spektaklu nie bardzo potrafił się z tym pogodzić.

Nie byłabym sobą gdybym nie napisała o grze Jerzego Stuhra, bo to, że ten człowiek ma talent nad talentami świadczy chociażby fakt, że gra ten spektakl od 1985 roku i to nie tylko po polsku, ale również po włosku. Nie wyobrażam sobie w tej roli nikogo innego, kto byłby w stanie od ponad dwudziestu lat przyciągać pełną salę widzów. Fantastycznie operuje swoim głosem, mimiką twarzy, charakterystyczne dla aktora ruchy, mruganie oczami, to wszystko sprawia, że jest śmieszny, ale jednocześnie tragiczny.

Spektakl ten dzięki grze Jerzego Stuhra staje się wołaniem człowieka o to, by go w końcu zauważono, dano szansę na zagranie w życiu pierwszych skrzypiec…

15 sierpień 2008

Silence night & dreams


Cisza, noc i sny

Daj zrozumieć siebie,

I zrozumieć czas,

Poczuć pozwól dotyk,

Bliskość, która w nas.

Milczy jak zaklęta,

Odliczając dni,

Zostawiając tylko,

Cisze, noc i sny.

Najnowsza płyta Zbigniewa Preisnera Silence night & dreams to muzyka, która przenosi mnie w wymiary,o których istnieniu nie wiedziałam. Jest dla mnie cenniejsza niż złoto. Pozwala mi uwierzyć w siłę dźwięku. Słuchanie muzyki Zbigniewa Preisnera to dla mnie zawsze uczta, zawsze moment całkowitego skupienia, odprężenia i wiary. Po Requiem dla mojego przyjaciela i 10 krótkich utworach na fortepian, które są dla mnie najważniejszymi płytami jakie posiadam dokładam Silence night & dreams. Na płycie usłyszeć możemy fragmenty z księgi Hioba oraz doskonały utwór Be Faithful, Go będący połączeniem Ewangelii wg. św. Mateusza, słów Jana Pawła II i Zbigniewa Herberta „Nie lękaj się, bądź wierny, idź”. Głosu użycza Teresa Salgueiro i Thomas Culley.

Artysta wybiera Hioba, bo cierpienie było częścią jego życia. Jak twierdzi artysta, każdy myślący człowiek cierpi. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że się cierpi. Hiob to wiedział i cierpienie pokornie przyjął na swoje barki, jednocześnie miał nadzieję i głęboką wiarę w to, że cierpienie kiedyś minie. Poprzez muzykę artysta snuje opowieść o cierpieniu współczesnego mieszkańca Ziemi.

Tę płytę polecam każdemu, kto chce przez chwilę wznieść się na poziomy, gdzie sztuka gra pierwsze skrzypce. Muzyka dla tych, którzy nie boją się myśleć.

Everyman

Jeszcze przed wakacjami jednym tchem przeczytałam dobrą książkę Philipha Rotha "Everyman".

Oto kilka fragmentów z tej książki, którą gorąco polecam. Historia człowieka, który w oczekiwaniu na śmierć wspomina swoje życie.

"Wcześnie w życiu zorientował się, że religia to kłamstwo, wszystkie religie uważał za obrazę człowieka, przepowiednie i przesądy religijne traktował jak brednie, zżymał się na infantylizm języka gorliwych wyznawców, na rażącą niedojrzałość paplaniny o sprawiedliwych i owcach. Nie dla niego słowny pokus-pokus hokuspokus śmierci i Bogu, nie dla niego naiwne fantazje o niebie. Mamy tylko ciało, które rodzi się i umiera na wzór innych ciał, które żyły i poumierały przed nami".

"Śledził ich zwinne ruchy, lecz była to gorzka przyjemność, która pod przykrywką miłego wzruszenia skrywała bolesny smutek, potęgujący nieznośne doznanie samotności. To prawda, był samotny z własnego wyboru - ale nigdy nie wybierał nieznośnej samotności.. Najgorsze w nieznośnej samotności było to, że trzeba ją znosić - inaczej człowiek stoczyłby się na dno. Należało za wszelka cenę chronić umysł przed sabotowaniem teraźniejszości przez pożądliwe oglądanie się wstecz na obsypaną darami przeszłość".

"On już od dawna żył ze świadomością śmiertelnego cierpienia wszystkich mężczyzn i kobiet, z którymi go zetknęło życie zawodowe - każde z nich miało własną bolesną historię żalu, straty i stoicyzmu, lęku, paniki, izolacji i trwogi, każde ogołocone zostało z atrybutów niegdyś sobie przynależnych, każde ulegało postępującej degradacji. Należałoby siedzieć przy telefonie dzień i noc, dzwoniąc do jeszcze co najmniej setki osób. Starość to nie jest walka, starość to masakra".

"Bo czuje to samo, co ja czuję od dzieciństwa. Bo czeka ją to samo, co nas wszystkich. Bo najsilniejszym niepokojem życia jest śmierć. Bo śmierć jest taka niesprawiedliwa. Bo kiedy, człowiek zasmakował życia, śmierć wydaje się czymś nienaturalnym. Myślałem - przypuszczając w sekrecie, że tylko ja jeden - że życie trwa w nieskończoność".