03 listopad 2009

110 ulic Małgorzata Gutowska - Adamczyk



Na pierwszy rzut oka nic specjalnego, zwykła warszawska rodzina. Tata, który pracuje za pięciu na wysokim stanowisku, zarabia duże pieniądze, ale jest gościem w domu. Mama, która na łamach jakiegoś mało znanego czasopisma dla kobiet umieszcza swoje artykuły i która marzy by napisać książkę z prawdziwego zdarzenia i by w końcu pożegnać się z redakcją. Ich dwóch synów szesnastoletni Michał, dostarczający rodzicom oprócz 300 złotowych rachunków za telefon komórkowy, mnóstwa zmartwień szkolnych i Mikołaj jedenastoletni zapaleniec deskorolki i wszystkiego, co z tym sportem może być związane. Życie toczy się w miarę stabilnie do czasu, gdy żywiciel rodziny nie zostaje zastąpiony w pracy innym niezastąpionym a mama nie postanawia rzucić pracy i oddać się swoim pisarskim pasjom. Sytuacja zaczyna być coraz mniej stabilna zwłaszcza, że kończą się środki na życie. Tata zmuszony ratować sytuację godzi się na pracę w miejscu, o którym rodzina nie śniła i nie jest to ani Madryt ani Rzym.
Życie chłopców zostanie przewrócone do góry nogami a bunt przed zaistniałą sytuacją szybko zastąpi ciężka praca. Nowa szkoła, nowi znajomi, nowa rzeczywistość nie koniecznie gorsza od warszawskiej, o czym szybko przekonają się bohaterowie da im więcej niż mogliby przypuszczać.
Co to za miejsce, w którym jest tylko a może aż 110 ulic?

110 ulic Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk podobnie jak jej 13 Poprzeczną przeczytałam jednym tchem. Od czasu do czasu sięgam po książki dla młodzieży, żeby być trochę w temacie i muszę powiedzieć, że jestem niekiedy mile zaskoczona. W tych książkach jest wszystko, pierwsza miłość, przyjaźń, rywalizacja, bunt i niezgoda, czasem niezrozumienie, czasem szczerość. Świat, który jest tak różny od tego, który ja pamiętam w liceum, choć pewne sprawy nie zmieniają się nigdy i każdy młody człowiek, choć dzisiaj w trochę inny sposób walczy z emocjami, pierwszymi namiętnościami, buntem, jakimś wielkim zrywem.
110 ulic to książka o świecie dorastających chłopaków, 13 poprzeczna to z kolei świat tak różnych dziewczyn, mozaiki osobowości, świata, z którym młode bohaterki muszą się zmierzyć. I gdzieś spod tego czarnego wyciągniętego swetra, czy lakierowanych bluzeczek w kolorach tęczy wyłania się całkiem fajna dziewczyna, która pod tymi wszystkimi ciuchami ukrywa swoją wrażliwość, mądrość, oryginalność.

Gorąco polecam książki rodzicom i młodzieży oczywiście:)

01 listopad 2009

This is it Michael Jackson




Wczoraj od już niepamiętnych - czy takie słowo w ogóle istnieje - miałam wolny wieczór. Wolny czyli taki podczas którego nie musiałam myśleć o niczym co związane z pracą, studiami, zadaniami etc.

Pozwoliłam sobie zatem pójść do kina na coś specjalnego mianowicie na This is it, relacje z przygotowań do ostatnich koncertów Michaela Jacksona, które miały odbyć się w Londynie. Większość materiału filmowego została nakręcona w czerwcu 2009 roku STAPLES Center w Los Angeles oraz w Forum w Inglewood podczas przygotowań do tego wielkiego wydarzenia.

Miał to być ostatni raz gdy fani ujrzą swojego idola na scenie. Jak wiemy do koncertów nie doszło, pozostały jedynie zakulisowe spojrzenia na artystę, które możemy oglądać w kinie.

Zawsze dzielę przez dwa to co czytam w gazetach, oglądam w internecie czy w TV, tym razem jednak moje zaskoczenie sięgnęło zenitu gdy zobaczyłam na próbach człowieka w świetnej formie, fantastycznie rozluźnionego, poruszającego się lepiej niż kiedykolwiek. MJ jak go nazywali przyjaciele miał podczas prób tyle energii, której mógłby mu pozazdrościć niejeden wysportowany chłopak. Oczu oderwać nie mogłam od tancerzy wybranych spośród tysięcy chętnych, zdolnych. Poruszali się w taki sposób, że zalewała mnie pozytywna zazdrość, opowiadali jak spełniło się ich największe marzenie, jak wstawali każdego ranka z myślą by kiedyś móc zatańczyć ze swoim mistrzem. Robię się ostatnio wrażliwa na takie historie i ryczę jak bóbr bo oto słucham i jednocześnie odczuwam na własnej skórze, że jak na coś długo czekasz i o czymś marzysz to przychodzi taki dzień gdy to się zjawia i...

Ale wróćmy do muzyki, której w tym filmie nie zabrakło. Nogi same rwały się do tańca, charyzma MJ zarażała. Jakkolwiek prasa niszczyła jego życie, obronił się zawsze muzyką ponadczasową, nie ginącą, posiadającą siłę łączyć nigdy dzielić.

Żałuję, że nie dane mu było dokończyć dzieła nad którym tak pieczołowicie i ciężko pracował, mordercze próby z pewnością nie były dla niego łatwe, ciągle powtarzał, że nie może nadwyrężać głosu, że to jedynie połowa jego możliwości, gdyby wiedział, że nie będzie mu dane...

Mówcie co chcecie, ale jechać do Smooth Criminal samochodem, po pustej drodze, to jest radość i wtedy wolność nie jest niewolnicą samotności jak powiadać lubią wielcy...

29 październik 2009

Wszystko za Everest Jon Krakauer



„Zawsze miałem świadomość, że wspinaczka górska wiąże się ze znacznym ryzykiem. Godziłem się z tym, że niebezpieczeństwo jest wpisane w ten sport – bez niego wspinaczka nie różniłaby się specjalnie od setek innych, błahych rozrywek. Ocieranie się o zagadkę śmierci, zerkanie za zakazaną zasłonę było przyjemnie podniecające. Wspinaczka to wspaniałe zajęcie, byłem tego pewien – nie pomimo związanych z nią nieodłącznie niebezpieczeństw, ale właśnie z ich powodu”

Wszystko za Everest Jona Krakauera to dokładana relacja wydarzeń dnia 10 maja 1996 roku, najtragiczniejszego dnia w dziejach himalaizmu. Jon Krakauer, dziennikarz czasopisma Outside, zastał w 1996 roku wysłany do Nepalu by z pozycji świadka opisać komercyjną wyprawę na Mont Everest prowadzoną przez Roba Halla. Zdobycie najwyższej góry świata było jego marzeniem, więc radość z możliwości opisania i samej wspinaczki ogromna.
Członków dwóch rywalizujących ze sobą komercyjnych wypraw poznajemy na samym wstępie. Na pierwszych stronach dowiadujemy się również jak skończy się ten czarny dzień w Himalajach i jakie będzie miał skutki dla wszystkich tych, którym udało się przeżyć.
Jon Krakauer kreśli szczegółową relację, niemal minuta po minucie zdaje sprawozdanie, momentami odnoszę wrażenie, że jest to swoista spowiedź człowieka, któremu udało się przeżyć tylko dlatego, że był odrobinę lepszy, trochę szybszy. Udało mu się stanąć na szczycie w odpowiednim momencie i wystarczająco szybko zejść, na tyle szybko, żeby ocalić swoje życie. Nie udało mu się jednak ocalić życia swoich znajomych, z którymi wspólnie chciał zdobyć szczyt.
Brak tlenu, skrajne wyczerpanie organizmu, ograniczona widoczność na skutek zamieci śnieżnej i wiejącego wiatru, temperatura dochodząca do – 70 stopni C, to czynniki, które nie sprzyjają poszukiwaniom i nie dają zadowalających rezultatów. Gdy Jon Krakauer dotarł na wpółprzytomny do obozu czwartego, kilku jego towarzyszy jeszcze walczyło o życie, choć szanse na ich ocalenie malały z minuty na minutę.

Dawno nie czytałam czegoś tak wstrząsającego, trzymającego w napięciu. Nie chodzi tu już jak sądzę o same wydarzenia, które są wstrząsające, ale o mistrzowski sposób przekazania – zdania relacji. Oddanie do rąk czytelników tekstu, który co tu dużo ukrywać jest swoistą terapią, próbą poukładania zdarzeń, oczyszczenia siebie samego. Może jest to próba zrozumienia gniewu Sagarmathy „Bogini Niebios” jak szczyt nazywają Nepalczycy.

Do książki został dołączony również film fabularny na podstawie opisanych zdarzeń w reżyserii Roberta Markowitza. No cóż, w moim odczuciu jest to kolejny obraz, który nie razi, i choć oddaje w pełni wydarzenia tego mrocznego dnia to jednak trąci hollywoodzkim klimatem, a szkoda. Z niecierpliwością jednak czekam na film dokumentalny, który mam nadzieję, dotrze do mnie już wkrótce.

14 październik 2009

W stronę Pysznej




Wszystko zaczęło się od tej książki....
wszystko razem z nią dojrzewało, układało się, nabierało kolorów,
to o niej, z nią, przez nią i dla niej i przede wszystkim dzięki niej!!!!!

bo w Tatry, nawet gdy zdobywasz Himalaje, zawsze wraca się z sentymentem - Krzysztof Wielicki

o książce wkrótce

spotkanie z Krzysztofem Wielickim






Zabawny, z takim poczuciem humoru o jaki nie podejrzewałabym kogoś, kto tyle czasu spędził odizolowany od świata, gdzieś wśród najwyższych jego szczytów.
Krzysztof Wielicki himalaista, alpinista, zdobywca Korony Himalajów przez dwie godziny opowiadał o swoich i nie tylko swoich sukcesach w taki sposób jaki dla mnie jest najcenniejszy, czyli z dodatkiem tych wszystkich ciekawostek o których nie przeczytamy w żadnych przewodnikach, o tym np. jak na Everest wchodził mając na oczach okulary spawalnicze bo innych akurat nie było:)
Wulkan energii, którą potrafi zarazić.


wzięło mnie na góry, brało mnie od zawsze ale tym razem dzieje się coś, czego jeszcze nazwać nie potrafię ale co z pewnością i to już czuję intensywnie, sprawia mi ogromną przyjemność

dzisiejsze spotkanie z Krzysztofem Wielickim tylko potwierdziło to, o czym wiem a przed czym trochę się bronię, choć robię to w taki sposób, że obrona to żadna:)

padło po spotkaniu kilka propozycji, kilka szalonych pomysłów...

11 październik 2009

gdy pogoda dyktuje warunki

Gdyby przypadkiem stało się tak, że nie masz co robić będąc w Zakopanem, w co nie mogę uwierzyć a nawet nie chcę, samo już wystukanie takiego zdania na klawiaturze mnie zmierziło, ale powiedzmy, że faktycznie załamała się pogoda do tego stopnia, że strach wejść na szlak, to spieszę z pomysłem co by tu z takim dniem zrobić. Właściwie mam aż dwa pomysły i wierzcie mi oba są wyśmienite:)

Propozycja pierwsza - proszę udać się do Galerii Sztuki im. Włodzimierza i Jerzego Kulczyckich na zakopiańskim Kozińcu na wystawę Tatry cza odkrywców . Jeszcze do 25 października można tam spędzić cudowne przedpołudnie.
Jest tam wszystko czego miłośnik gór i starych opowieści o nich jest w stanie pochłonąć. Zacznę od fotografii Melecjusza Dutkiewicza, Hermana Vogla, Karola Divalda czy Walerego Eliasza i innych fotografii końca XIX w. Fotografie mają swoją magię i głębię, można się w nie wpatrywać godzinami, zbliżać oczy i wychwytywać wszystkie te ciekawostki, których umysł ciekawy, mój przynajmniej, zresztą moich znajomych również widziałam na własne oczy jacy zachwyceni byli:) Przy okazji fotografii można obejrzeć film na którym da się podpatrzyć jak kiedyś fotografowano w górach, jak dźwigano olbrzymich rozmiarów sprzęt tylko po to, by uwiecznić te niesamowite widoki.
Oprócz fotografii nie braknie także eksponatów górskich na które dzisiaj spoglądamy z uśmiechem na twarzy. Mnie osobiście najbardziej interesowały narty, te pierwsze, stare, które wierzcie mi w niczym nie przypominały tych na których dzisiaj pozwalam sobie na białe szaleństwo. Kijek do nart był takich wielkich rozmiarów, że przez chwilę zastanawiałam się jak możliwym było pokonywanie stoków z czymś tak monstrualnym w rękach. Nie ukrywam, że sprzęt wspinaczkowy też zatrzymał mnie na dłuższą chwilę tym bardziej, że temat dzisiaj już nieco bliższy:)

Nie brak również zdjęć i wspomnień postaci ściśle z Tatrami związanych czyli najlepszych tatrzańskich przewodników - Jęrzeja Wali, Macieja Gąsienicy - Sieczki, Szymona Tatara czy słynnego Klemensa Bachledy (1849 - 1910), który był jednym z najlepszych przewodników tatrzańskich przełomu XIX i XX wieku. Zanim jednak stał się sławnym "orłem Tatr" był pomocnikiem wyżej wspomnianych, ot takim chłopcem do pomocy. Klimek jednak miał niezwykłą orientację w terenie górskim i co ciekawe czasem wspinał się boso. Zginął w 1910 roku idąc na pomoc Stanisławowi Szulkiewiczowi, na północnej ścianie Małego Jaworowego Szczytu.

Wystawa jest warta poświęcenia odrobiny czasu w Zakopanem by nasycić oczy. Jeśli ktoś tak jak ja w temacie raczkuje choć wydaje mu się, że coś już wie, to taka wystawa bardzo wiele mu rozjaśni, udzieli niezbędnych odpowiedzi.
Od listopada wystawę będzie można oglądać w Museo Nazionale della Montagna w Turynie.

Druga propozycja spędzenia rozkosznie czasu w górach gdy pogoda nie pozwala wyjść na szlak to baseny termalne w Bukowinie Tatrzańskiej. Nie ma nic lepszego jak kąpiel w gorącej wodzie, która jeszcze ma mnóstwo właściwości, które podobno mają sprawić, że twoja skóra ma być jeszcze piękniejsza niż jest, więc nie ma co się zastanawiać tylko szaleć. Zaszalałam.

06 październik 2009

Tatry - pocztówki z podróży



przez tydzień pobytu w Tatrach dostałam więcej niż mogłam przypuszczać, że otrzymam

wspinaczka w dobrym towarzystwie, z ludźmi, którzy o górach potrafią pięknie opowiadać, którzy potrafią zarazić miłością do Tatr, którzy pokazali mi miejsca o których nie miałam wcześniej pojęcia

wspólne milczenie i zachwyt nad tym co tak potężne, groźne

szczyty, których pasma przypominały mi kły wilka, dzikie i fascynujące, przerażająco podniecające

rodząca się we mnie siła by pokonać własną słabość, i wcale nie chodziło o to, by komuś coś udowodnić, bardziej zależało mi na tym, by te chwile, które przeżywam głęboko zakorzeniły się we mnie i tak się stało

smak zimnego piwa pozostanie ze mną na długi czas a wieczorne rozmowy na wagę złota, są warte spisania i powtarzania

widok ogromnych przestrzeni w Tatrach Słowackich, na których kilka lat temu rósł bujny las obecnie próbuje utrzymać się kilka drzew, reszta to sterczące kikuty przerażające swoim widokiem, w tle potężny Gerlach, wierzcie mi widok oszałamiający, skłaniający do przemyśleń


patrząc na szczyty żadne słowa nie mają znaczenia, każdy z nas chciał wyrazić to samo słowami, które na dobrą sprawę nie istnieją, bo nie ma słów by to, co zobaczyliśmy opisać




zachód na Cyrhlej


Tatry nasze ukochane


widok na szczyt Kierżmarski


widok ze szczytu Jagnięcego 2229m


tu natura rządzi się swoimi prawami

BYŁO PYSZNIE:)

04 październik 2009

tylko ochłonę...




























... i cóż te Tatry mają tak cudownie
przyciągającego do siebie,
że się za nimi tęskni,
jakby za ukochaną osobą?
Jakaż siła zwabia tam ludzi
najrozmaitszego zatrudnienia,
usposobienia, płci i wieku?
Uczeni, badacze przyrody, artyści, poeci,
miłośnicy pięknej natury dążą do Tatr,
jakby do skarbnicy dziwów,
a wracają stamtąd owiani urokiem
niepojętym dla tych, co tam nie byli.

Walery Eljasz
Ilustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic, 1870

25 wrzesień 2009

górsko i przyjemnie




Jak na załączonym obrazku widać, przyjaciele zasypują mnie prezentami o tematyce najbardziej przeze mnie ukochanej, bo trzydziestkę ma się przez cały miesiąc powiadają:)
w niedzielę wcześnie rano znajomi odbierą mnie z dworca w malowniczej górskiej miejscowości, poproszę ich by włączyli to w samochodzie i zaczniemy najważniejszą i najbardziej wyczekiwaną podróż
Vana Morrisona uwielbiam słuchać zawsze i wszędzie, zarażona jego muzyką dawno temu w jednym z poznańskich akademików, nie chcę się z niej wyleczyć i niech ta miłość trwa jak najdłużej

a po powrocie trochę o książce Zew Ciszy, która mnie dosłownie poraziła o filmie na jej podstawie już nie wspomnę, ale to gdy wrócę, bo póki co za dużo emocji

21 wrzesień 2009

zatrzymać chwile



zatrzymać każdy promień słońca
każdy uśmiech
zatrzymać w pamięci wyraz twarzy, radość, wdzięczność
ciepło, które ostatkiem sił wdzierało się pod skórę
zatrzymać zabawą zmęczenie
opowieści, beztroskie żarty
ciszę zatrzymać bym chciała

było mi cudownie w niedzielę



może ktoś powiedzieć, że to kicz, ok może i tak, ale ja chcę tego kiczu tak bardzo, że zaczynam się przyglądać samej sobie, czy aby po trzydziestce nie nastąpiła zmiana, którą przyjdzie zaakceptować a nie walczyć...



niedaleko Poznania, zaledwie godzinę drogi samochodem jest miejsce, które mnie zachwyciło, w którym czułam się bardzo dobrze, które pozwoliło mi odetchnąć i nabrać sił na jutro
kolejne miejsce gdzie mogłabym postawić dębowy stół

Magiczne drzewo Andrzej Maleszka




Czytam ostatnio bardzo dużo literatury dla najmłodszych. To już trochę mój rytuał, że pomiędzy książkami o dość trudnej tematyce sięgam po książki z półki moich młodszych znajomych. Tak wpadła mi do ręki książka Magiczne drzewo. Czerwone krzesło i od kilku dni zastanawiam się czy to, aby nie przypadek. Magii dookoła mnie tak wiele, że jej ponowne pojawienie się tym razem w książce zastanawia mnie jeszcze bardziej.
Nad doliną Warty burza powaliła stary dąb. Z drzewa zrobiono mnóstwo przedmiotów w tym czerwone krzesło. Stary dąb nie był jednak zwyczajnym drzewem. Posiadał w sobie magiczną moc, którą otrzymał każdy wykonany z niego przedmiot. Czerwone krzesło także nie było zwykłym czerwonym krzesłem, posiadało niezwykłą moc, spełniało życzenie osoby, która na nim siadała i wypowiadała je na głos.
Trójka dzieci – Tosia, Filip i Kuki odnajduje krzesło i zabiera je do domu, w którym rodzice muszą podjąć ważną decyzję czy pracować na statku i zostawić dzieci pod opieką znienawidzonej ciotki. Losy trójki bohaterów wydają się być przesądzone jednak dzieci nie dają za wygraną, za wszelką cenę chcą być blisko rodziców i postanawiają wykorzystać do swych celów magiczne krzesło. W ich zamiarach nie zawsze skutecznie stara się przeszkodzić Max – czarny charakter, który depcze dzieciom po piętach chcąc zdobyć czerwone krzesło wiedząc jaką siłę posiada.
Tak rozpoczyna się cała seria zjawisk magicznych w książce. Jest latający autobus, chodzące krzesło, po niebie sunący traktor, wisząca w powietrzu ciotka i wiele innych zaskakujących i nieprzewidywalnych zjawisk. A wszystko po to, by odczarować swoich ukochanych rodziców.
Dzieci mają tysiące pomysłów jak wykorzystać magię czerwonego krzesła do swoich własnych celów i o dziwo potrafią z tej magii rozsądnie korzystać. W między czasie, jak to w dobrym filmie dla dzieci przystało, zła ciotka przechodzi metamorfozę i tu niespodzianka, staje się kimś wyjątkowym, otrzymuje jeszcze jedną szansę na to by zrozumieć czym powinno być dzieciństwo. To rozwiązanie podobało mi się najbardziej, muszę przyznać, że byłam zaskoczona zakończeniem książki.
Andrzej Maleszka laureat nagrody Emmy za telewizyjną serię Magicznego drzewa, tym razem postanowił, wykorzystując wątki serialu, zachwycić młodego widza i zaprosić go do kina. Przy okazji filmu wydawnictwo Znak wydało książkę, której lektura już za mną, natomiast na film jeszcze nie dotarłam, co zamierzam zrobić wkrótce.
Gorąco polecam Magiczne drzewo. Czerwone krzesło, bo to ciepła i przyjemna lektura, pełna niesamowitych przygód, trzymająca w napięciu. Doskonała zabawa podczas wieczornego czytania swoim pociechom. Polecam i do zobaczenia w kinie.

19 wrzesień 2009

Życie z Zawadą i przegląd filmów górskich 2009

Od wczoraj trwa czternasty już przegląd filmów górskich im. Andrzeja Zawady w Lądku Zdroju. Jednym z punktów programu było wczorajsze spotkanie z Anną Milewską, żoną Andrzeja Zawady. Anna Milewska jest także autorką książki Życie z Zawadą, która ukazała się kilka miesięcy temu nakładem wydawnictwa Łośgraf. Książkę czytam "dawkując" sobie po kilka stron. Jej 600 stron nie przeraża mnie a właściwie bardziej cieszy, że ta przygoda podpatrywania ich życia będzie jeszcze długo trwała.
Oprócz festiwalowych filmów, o których pewnie już wkrótce dowiem się czegoś więcej, można cieszyć się obecnością gór i ludzi, którzy góry ukochali szczególnie.
Ja niestety w tym roku nie dojechałam do Lądka, choć jeszcze w czwartek wierzyłam, że uda mi się wsiąść do samochodu i dołączyć do wariatów górskich jak ich nazywa K.
Za to jutro Puszcza Notecka więc nie rozpaczam.

07 wrzesień 2009

a w Cieszynie

lubię miejsca, których nie planuję się oglądać, te prawie na końcu świata, o których ludzkość zapomniała
małe miasteczka ze swoją bogatą historią, swoim urokiem, małymi księgarniami w których czas się zatrzymał, można tam dostać to, czego szuka się w wielkich miastach i znaleźć nie może, miejsca ze swoim opanowaniem, własnym odmierzaniem czasu

pakujesz walizkę i nie wiesz gdzie się znajdziesz, dokąd zaprowadzi myśl, kto przygarnie, nakarmi, ufnie spojrzy, z kim przyjdzie ci rozmawiać

dzisiaj za oknem szaro i zimno ale jeszcze miesiąc temu byłam w miejscu gdzie słońce przyjemnie przypominało mi, że jest lato, że nareszcie jest lato
w środku nocy słuchałam, opowiadałam, jadłam wypieki własnej roboty pachnące dzieciństwem, wspominałam i cieszyłam się obecnością ludzi

miło jest wrócić do tych chwil gdy za oknem plucha









06 wrzesień 2009

urodzinowo i jeszcze imieninowo

zadziwiająco przyjemnie i lekko przekroczyłam próg dorosłości z dorosłością nie mający jednak nic wspólnego

lekko to najbardziej właściwe słowo, jakie przychodzi mi do głowy, jest mi tak cholernie lekko, że aż dziwię się sama sobie

jakby życie postanowiło na trzydzieste urodziny dać mi to w formie prezentu

zamiast wielkich imprez, szaleństw i rozrywek planowanych a nie podopinanych, pewnie z braku czasu, sił i jeszcze kilku innych przyczyn, czas ten spędziłam spokojnie

za to wczoraj dostałam w prezencie imieninowym, zaproszenie na koncert do bardzo specyficznego dla mnie miejsca w Posen, które zawsze będę kojarzyła z dobrymi czasami

Blue Note, bo o nim mowa ku mojemu zaskoczeniu jest takim samym klubem, jakim był te kilka lat temu, gdy bywałam tam zdecydowanie częściej niż obecnie

Brian Fentress zaczarował publiczność śpiewając utwory artystów takich jak Frank Sinatra, Louis Armstrong, Nat King Cole, Ray Charles, Dean Martin czy Stevie Wonder

specyficzna aura dobrej muzyki unosiła się w powietrzu, cudowny miękki, silny głos pozwolił mi cieszyć się chwilą, ułamkiem sekundy w całkowitym oddaniu dźwiękom

lampka wina, toast, radość, uśmiechy i obietnica, żeby częściej bywać tam gdzie czuję się tak przyjemnie:)


i słoneczniki były:)

01 wrzesień 2009

30 urodziny

rozkosznie mi i błogo w stanie trzydziestkowym:)

czuję się wyśmienicie, dotarło do mnie dopiero dzisiaj na czym tak naprawdę stoję, co mam a czego nie mam, nad czym trzeba popracować a co jest już wypracowane i spokojnie procentuje na przyszłość,


nie piszę bo piszę w innym miejscu, ale o tym blogu nie zapomniałam, jak tylko pojawi się chwila, będę...

i dziękuję za czytanie

i było mi bardzo miło poznać tylu ludzi, którzy bez czytania nie wyobrażają sobie życia...

09 sierpień 2009

Trzy domy Jacek Podsiadło







O progu dorosłości, lustrze samego siebie i o tym, że nie wyważa się otwartych drzwi

Przedstawiam Wam trzy siostry Świniarskie, uporządkowaną Wiolettę, praktyczną Aldonę i plująca do paprotki Dorotę, które zakładają wspaniałe żeńskie trio wokalno instrumentalne z jednym mikrofonem pod nazwą Swinarsky Sisters. Chęć wzięcia udziału w konkursie Eurowizji przestała jednak mieć znaczenie, gdy wszystkie trzy pukają do drzwi dorosłości. Przekroczenie tego magicznego progu wcale nie musi być takie straszne. Trzy siostry zapragnęły mieć swoje domy i wszystkie trzy osiągnęły zamierzony cel. Wioletta w swej twierdzy, z drewnianymi Murzynami. Aldona z mężem w domu nieco mniejszym, ale z duchem nowoczesności. I Dorota w malutkim drewnianym domku gdzieś w środku lasu, gdzie drzwi bez przerwy pozostawały otwarte.
W tę sielskość pewnego dnia wkracza niejaki pan Wilczyński. Typ dość podejrzany, podstępny, bez zasad, dający się we znaki okolicznym mieszkańcom. Nawet siostry Świniarskie miały się przekonać na własnej skórze, jaki z niego cwany lis.
Co takiego wydarzyło się w małym drewnianym domku Doroty Świniarskiej możecie się przekonać sami sięgając po książkę. Przy okazji dodam, że książka dla dzieci i nie tylko dla dzieci.

Jacek Podsiadło autor kilkunastu tomów wierszy i znany felietonista. Jego felietony ukazujące się na łamach Tygodnika Powszechnego w latach 2000 – 2005 zostały zebrane i wydane przez wydawnictwo Znak.

26 lipiec 2009

Czerwcowe radości - Wojart

Czerwiec choć już nieco odległy upłynął mi pod znakiem radości i śmiechu właściwie można powiedzieć, że zupełnie niespodziewanego i zaskakującego.
Dwa wieczory wystarczyły bym całkowicie zapomniała o rzeczywistości i oddała się bez reszty czystej radości.
To wszystko dzięki Agencji Artystycznej Wojart i Pani Agnieszce, dzięki której możemy w Poznaniu oglądać spektakle Kobieta Pierwotna oraz Goło i wesoło.
Jestem przekonana, że kolejne spektakle, które już we wrześniu będą równie udane.
Wszelkich szczegółów dotyczących przedstawień wrześniowych możecie szukać na stronie
Agencji Artystycznej Wojart.
POLECAM

Goło i wesoło Arkadiusz Jakubik



Komedia Goło i wesoło (Ladies’Night)Stephena Sinclaira i Anthony'ego McCartena znana jest na całym świecie. Polska publiczność ma okazję oglądać spektakl dzięki Arkadiuszowi Jakubikowi, który spektakl wyreżyserował.
Akcja komedii rozgrywa się w Tomaszowie Mazowieckim. Kilku bezrobotnych mężczyzn z małej miejscowości swój cenny czas spędza na ławce i toczy dysputy o życiu. Każdy na swój sposób próbuje sobie wytłumaczyć brak pracy, perspektyw, opowiadają sobie, co nowego wydarzyło się w ich życiu, często przy napojach wysokoprocentowych. Jednego dnia zupełnie przypadkiem obserwują striptiz w pobliskim klubie Eden i wpadają na pomysł by założyć męską grupę striptizerów, w której to grupie oni będą gwiazdami. Początkowo pomysł wydaje się kompletnie niemożliwy z racji aparycji owych panów, jednak z czasem przeważa szalę chęć zarobienia pieniędzy i udowodnienia sobie i innym, że też się do czegoś nadają. Zawsze to lepsze niż siedzenie na ławce i popijanie wyskokowych napojów.
Od tego momentu rozpoczyna się istny szał i owacje publiczności na stojąco. Trudno się dziwić. Napalone Nosorożce, bo tak nazwali swoją grupę, przeistaczają się z nieśmiałych i zakompleksionych osobników w przystojniaków świadomych swych ciał. Choć początki bywają trudne, panowie nie załamują się i brną w zaparte. Ich menager wynajmuje byłą tancerkę Wandę - w tej roli Olga Borys - by ta nauczyła ich kilku niezbędnych dla profesjonalnych striptizerów układów a przy okazji dodała im odwagi przed publicznością.
I tak Tomasz Sapryk z minuty na minutę staje się bożyszcze kobiet z lat siedemdziesiątych. Andrzej Andrzejewski, z niskiego, niepozornego chłopca przeistacza się w Michaela Jacksona brawurowo wykonując utwór I am bad. Jacek Lenartowicz chowa kompleksy do kieszeni, przestaje słuchać mamusi i proboszcza by przez chwilę być mechanikiem, na którego widok kobiety szaleją i krzyczą. Paweł Królikowski, który początkowo był jedynie pomysłodawcą całego przedsięwzięcia dał się namówić i również wystąpił przed publicznością jako policjant udowadniając, że nawet kilka kilogramów więcej może być całkiem seksowne. I wreszcie Radek Pazura, którego skłonności do tej samej płci pozwoliły mu na ułamek sekundy stać się gwiazdą wieczoru w nieco odmiennej scenerii.

W czasie przemiany bohaterów obserwujemy normalnych mężczyzn czasem z bagażem nieprzyjemnych życiowych sytuacji, które zmuszają ich do decyzji niekoniecznie słusznych.
Przezwyciężają jednak swoje kompleksy, przestają słuchać negatywnych opinii pod swoim adresem i wspierając się nawzajem biorą życie z swoje ręce. Okazują się być fajnymi facetami, z poczuciem humoru, pełnymi energii i wiary we własne możliwości.

Spektakl wieńczy zaskakujący finał. Publiczność nie przestawała klaskać, krzyczeć, gwizdać. Śmiechom nie było końca a i mrowienie w dłoniach od ciągłego klaskania dało się we znaki.
Spektakl doskonały, gra wyśmienita, muszę przyznać, że nie pamiętam już, kiedy tak dobrze się bawiłam. Żałuję, że nie siedziałam w pierwszym rzędzie, że aktorzy nie widzieli w moich oczach podziwu dla ich gry i wysiłku, jaki włożyli w ten spektakl, ale wiem, że owacje na stojąco były dla nich rekompensatą.

Polecam ten spektakl każdemu, na poprawę humoru, na świetną zabawę, doskonały pomysł na wieczór panieński. Ostrzegam, że mięśnie brzucha napracują się bardziej niż na siłowni.


przekład: Lou Rising
reżyseria: Arkadiusz Jakubik

Agencja Artystyczna Wojart

Kobieta Pierwotna Sigitas Parulskis




Czego kobieta może chcieć od mężczyzny? Jakie może stawiać mu pytania, o co prosić, co zarzucać? Stos pytań, na które powstała cała masa odpowiedzi, nie czyni tematu zamkniętym, co więcej ciągle zmusza do analizy i przyglądania mu się z różnych stron.


Odnoszę wrażenie, że kobieta i mężczyzna nie dogadają się nigdy. Nieporozumienia, które pojawiają się między nimi nie pozwalają na dłużej zaznać spokoju. Na dobrą sprawę jedyne, co można by zrobić, to wprowadzić do tego odwiecznego i nurtującego zjawiska odrobinę humoru. Tak też czyni litewski poeta Sigitas Parulskis pisząc sztukę Kobieta Pierwotna. Okazuje się, że relacje między kobietami i mężczyznami stają się doskonałym tematem na komedię.
Kobieta Pierwotna to monodram, który wygłasza Hanna Śleszyńska. Do dyspozycji na scenie ma jedynie wielkie łóżko, kilka strojów do przebrania i wielką wypchaną lalkę – swojego mężczyznę.
Bohaterka poszukuje mężczyzny idealnego, wielokrotnie zadając sobie pytanie czy takie poszukiwania to misja z góry skazana na porażkę? Lekko i luźno przechodzi z tematu na temat, snując rozważania o tym, jakie to trudne zadanie. Opowiada jak spotyka różnych dziwaków, na co jest narażona taka samotna, poszukująca towarzysza kobieta. Wspomina partnerów swojego życia ich wady i zalety. Dochodzi do różnych wniosków, ale najważniejszym staje się być prawda stara jak świat, że z mężczyznami źle, ale bez nich jeszcze gorzej. Kobieta szuka towarzysza życia tak jak mężczyzna będzie szukał towarzyszki doli i niedoli i tak już będzie, świat się będzie zmieniał a ten fakt pozostanie niezmienny.

Aktorka znana i lubiana w zadziwiający sposób potrafi przez 90 minut rozśmieszać i bawić do łez. To prawdziwy talent, utrzymywać publiczność w stanie permanentnego śmiechu. Ani przez chwilę nie pozwoliła widzom się nudzić. Bezustannie nawiązywała dialog z publicznością, przez chwilę nawet zeszła ze sceny by z humorem nawiązać rozmowę z widzem. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
Sztuka zabawna, pełna akcji i wigoru. Ciekawe, że wszyscy śmialiśmy się do łez, zarówno kobiety doskonale rozumiejące naszą bohaterkę jak i mężczyźni, którzy przez chwilę mogli spojrzeć na samych siebie oczami kobiety będącej głosem nas wszystkich.
To jeden z lepszych spektakli, na jakich byłam, polecam każdemu nie tylko na poprawę humoru, ale także na chwilę zadumy nad złożonością relacji międzyludzkich.


Sigitas Parulskis
reżyseria Arkadiusz Jakubik
adaptacja Cezary Harasimowicz
występuje Hanna Śleszyńska

Agencja Artystyczna Wojart

12 lipiec 2009

Być przez chwilę sobą Philippe Besson



„Razem stajemy się tymi, którymi mieliśmy być, a którymi nigdy nie stalibyśmy się, gdybyśmy byli sami”

Jaką cenę płaci się za bycie sobą? Ile kosztuje prawo do życia według własnych reguł?


Po Bessona sięgam po raz pierwszy. Zupełnie mi obcy, pierwszy, dziewiczy. Cudownie jest go odkrywać, bo to jest odkrywanie, każdym zdaniem pieszczota moich skostniałych, zwartych, ciągle związanych myśli. Chciałam przygodę z nim zacząć od Babiego lata, ale temat, póki co tak bliski, że obawiam się przy lekturze zbyt dużej ilości papierosów o winie nie wspominając. Mogłabym złapać bezsenność jak katar sienny.
Ale do rzeczy. Jesteśmy w Falmouth, niewielkim miasteczku nad brzegiem kanału La Manche. Morze, statki, promy. Szum. Wiatr. Nic w tym mieście się nie zmienia. Stagnacja.
To w Falmouth ziemia się poddaje. Spadając pionowo ze skalistego wybrzeża, wspomina bohater Thomas Sheppard. Człowiek, którego, historię poznajemy stopniowo, odkrywamy jego tajemnice. Powoli szperamy w umyśle człowieka, który popełnił błąd. Poznajemy człowieka osaczonego przez sytuacje i ludzi, obwinianego za brak łez, za chwilę nieuwagi. Poznajemy go na tyle na ile on sam nam na to pozwala. Wiemy, że wraca do swojego miasta udręczony, po tym jak spędził lata w więzieniu. Czujemy wraz z nim brak sympatii mieszkańców Falmouth, próbę wykluczenia go ze społeczności.

Thomas snuje swoją opowieść przy filiżance herbaty, którą parzy mu Radżiv, Pakistańczyk prowadzący sklep z żywnością w Falmouth. Próbuje porównać swoje wykluczenie do wykluczenia tych, którzy są na nie skazani ze względu na swoje pochodzenie, pogodzeni z taką sytuacją. W mieście o ograniczonych umysłach mieszkańców nic nie jest proste dla tych, którzy są inni, popełnili błąd, pozwolili sobie na chwilę bycia sobą. Z każdym zdaniem bohater staje mi się bliższy, jestem w stanie zrozumieć jego postępowanie, wniknąć w jego historię.
W samotnym życiu Thomasa pojawia się również Betty, której obecność mogłaby być szansą na powrót do normalnego życia. To jednak, co dla innych jest normalnym życiem, nie ma już dla Thomasa takiego znaczenia, z pewnością nie po tym, co przeszedł.

Dla mnie ta książka jest wyjątkowa, przede wszystkim za język, którego Besson używa. Pourywane, krótkie zdania. Po kilku stronach wiedziałam już, że oto książka, która jest mi bliska. To jest to, co ja w literaturze lubię najbardziej. Poruszenie. Czy chcę czy nie chcę jestem zmuszona do myślenia. Nie pozostawia mnie obojętną. Daje szansę na te chwile, które tak lubię, chwile całkowitego oderwania od rzeczywistości.

Jaką cenę za bycie sobą trzeba zapłacić? Ile kosztuje prawo do życia według własnych reguł?
Każdą, nawet cenę wykluczenia i samotności. Zostawić za sobą, zamknąć drzwi, stanąć twarzą w twarz z samym sobą i BYĆ!!!

Życie Thomasa jest oczekiwaniem na chwilę, która musi nadejść. On to wie i Luke to wie.
I tak tajemniczo zakończę…

07 lipiec 2009

festiwal Animator 2009

Nic dodać nic ująć, dzieje się w tym mieście

Festiwal Animator

zaraz po lewej stronie animacja Michał Socha, muzyka Marcin Piątyszek

bravo panowie a Marcinowi osobiście złożę gratulację:-)

05 lipiec 2009

Coco Chanel

Dzięki tej kobiecie mogę zakładać dzisiaj spodnie czy wiecznie modna małą czarną....



Dzięki tej kobiecie miałam wspaniały sobotni wieczór. Na taką twarz mogłabym patrzeć godzinami



o filmie za chwilę.....

11 czerwiec 2009

Yellow bahama w prążki Ewa Nowak




Nastolatki marzą o wielu rzeczach, ich myśli wirują wokół tematów, o których ich rodzicom nawet się nie śni. Jednym z marzeń Hani, bohaterki książki Yellow Bahama w prążki Ewy Nowak było, by ktoś napisał o niej książkę. Postanawia, zatem napisać w tej sprawie do jednej z autorek. Z maili wysłanych przez Hanię nagle powstaje cała książka, od której nie mogłam się oderwać.
Hania wydawać by się mogło jest typową nastolatką z całym bagażem trosk i radości, jakie może mieć czternastoletnia dziewczyna, jednak w tym, co wydawać by się mogło typowe pojawia się nagle coś nietypowego. Jak na czternastoletnią dziewczynę Hania posiada ogromny dystans do siebie samej i poczucie humoru, którego mógłby jej pozazdrościć niejeden dorosły.
Śledzimy również losy rodziny Hani, jej taty ginekologa, mamy bibliotekarki, siostry Zośki, a także jej przyjaciół, Jacka i Huberta. Jest jeszcze jeden członek rodziny, choć dość nietypowy, bo to waran, jednak bardzo ważny dla całej gromady.
To, co do książki przykuwa i zachęca do kolejnych, to poczucie humoru, które wyłania się niemal w każdym zdaniu. Trudno nie wybuchać śmiechem czytając o marzeniach nastolatków.

Ewa Nowak jest z zawodu pedagogiem- terapeutą, z pasji – autorką książek dla dzieci i młodzieży. Jestem już po lekturze Wszystko tylko nie mięta, kolejnej książki Ewy Nowak i muszę powiedzieć, że z chęcią sięgnę po następne części by dowiedzieć się więcej o losach rodziny Gwidoszów.

wydawnictwo santorski

02 czerwiec 2009

Jak trwoga, to do bloga. Magda Umer, Andrzej Poniedzielski



Coś, co od dłuższego czasu pojawiało się na świecie internetowym, czas było zapisać w formie dostępnej dla szerszego grona, bo, że w internet nie bawi się całe polskie społeczeństwo, to wiem od dawna i że się nie zabawi to też już wiem, a przekonuje się o tym dość często choćby rozmawiając z niejedną moją znajomą, która miast przed komputerem siedzieć wybiera zdecydowanie bardziej ruchliwy tryb życia.

Magda Umer i Andrzej Poniedzielski prowadzą bloga już od dawna. Piszą do siebie, nie tylko dla siebie, zgłębiając samych siebie, o życiu swoim i nie zawsze swoim, o tym, co ich zachwyca, co zadziwia, porusza, rozbawia. Kawałki swoich dni potrafią przelać na ekran z rozmachem słownym. Wydawnictwo Trio postanowiło te ich rozmów niekończące się chwile spisać na papier, by ci niedostępni internetowo, też mięli okazję stać się świadkami ich dysput, rozważań, wymiany zdań.

Dla mnie to jest majstersztyk słowa. Zabawa językiem, stylem, konwencją. Z humorem, z polotem, świeżością jakąś pierwszą. Tekst Zrozumieć kosę Andrzeja Poniedzielskiego na stronie 113 czytałam niezliczoną ilość razy, przechodząc z zachwytu w zazdrość, z zazdrości w uwagę, by znów w pochwałach się zatopić. Na stałe do swojego słownika wprowadzam środki „musowego” przekazu oraz „zanika rozmowy estetyka”.

Polecam książkę każdemu, kto ma ochotę ze słowem się zabawić, zobaczyć na co można sobie ze słów ilością pozwolić.
Chylę ukłony…

31 maj 2009

a w Warszawie było tak

W ubiegłą sobotę wybrałam się na Międzynarodowe Targi Książki do Warszawy. Wyjazd na tyle spontaniczny, że jeszcze w piątek rano o nim nie wiedziałam. Moje nazwijmy to hucznie plany życiowe z książką wiążą się bardzo, dlatego postanowiłam długo nie dać się namawiać i o 6 rano już jechałam do stolicy. Takiego nagromadzenia dobrej książki i ich autorów nie mogłam przeoczyć.
Zdjęcia z nimi pozostawiam dla siebie, dzielę się natomiast Warszawą rozmoczoną, zroszoną i szarą.





27 maj 2009

księgarniano z Rzymu

trochę kultury w Rzymie...
cudownie jest móc wejść do księgarń włoskich i rozumieć, pytać, rozmawiać...
moje po Rzymie nazwijmy to spacerowanie, głównie na wizytach w księgarniach polegało a to z przyczyn znanych póki co tylko niewielkiej grupie osób.
Ślę zatem kilka fotografii miejsc, które jakoś mnie do siebie przyciągają...












a tutaj to była wprost uczta dla duszy i oka...



i trochę polskiego akcentu


Ryszard Kapuściński i Marek Krajewski



jedną z rzeczy, która mnie urzekła w Rzymie to otwarte księgarnie grubo po 24. Fakt, że mieszkałam w dzielnicy studenckiej tak to nazwijmy, więc prawdziwie soczyste życie zaczynało się tam właśnie o tej porze, ale byłam zdziwiona Włochów pędem do wymiany zdań wysokich o tej godzinie w księgarniach właśnie.

24 maj 2009

Montedidio Erri De Luca









W Montedidio (Góra Pana) biednej dzielnicy Neapolu, trzynastoletni chłopiec spisuje na rolce papieru wydarzenia swojego życia. Opisuje jak każdego dnia wyrusza do pracy, w której pod okiem mistrza Errica uczy się heblować drewno. Zaprzyjaźnia się z garbatym szewcem Rafaniello, który marzy by wrócić w swoje rodzinne strony do Jerozolimy i któremu wyrastają z garbu skrzydła. Opisuje jak spotyka się ze swoją koleżanką Marią i jak doświadcza pierwszych uniesień i fali gorąca przebywając w jej towarzystwie. Skrępowany i zawstydzony powoli uczy się miłości. Obserwuje jak z dnia na dzień gaśnie jego ojciec, który nie może pogodzić się z chorobą swojej żony. Przelewa na papier historię swoich rodziców i ich miłości większej i silniejszej niż wojna, bo nawet ta, nie mogła ich rozdzielić. By zapomnieć o troskach i odetchnąć od rozpędzonej maszyny życia, ucieka na wzgórze by ćwiczyć swoje mięśnie wyrzucając „na niby” bumerang, który otrzymał od ojca.
To leniwe życie, dzień za dniem, gdzie słońce wschodzi i zachodzi codziennie tak samo, zostało opisane przez bohatera tak, że codzienność urosła do rozmiarów niewyobrażalnych. Codzienność jest tu kwintesencją, wydarzeniem zasługującym na niejedną chwilę uwagi. To co ważne odbywa się właśnie wtedy, nie ma niczego pomiędzy wszystko jest codziennością.

To magiczna książka, która pozwala na ułamek sekundy przenieść się w świat włoskich portów, smaku oliwek, włoskiego gwaru na targach, podnieść głowę by zobaczyć sznury wiszącej bielizny, powiewające na wietrze jak flagi. Te wszystkie odgłosy są tak intensywnie opisane, że niemal odczuwalne. Przy użyciu prostych, codziennych wyrażeń, krótkich zdań, narrator oddał klimat tego niezwykłego miejsca, jakim musi być Montedidio.
W całym natłoku zdań zbędnych, które docierają do nas, wręcz zalewają nas z każdej strony, otwierasz książkę Erri de Luca i nie znajdziesz ani jednego zbędnego słowa. Jakby czyścił każde zdanie i pozbawiał je sentymentalnych zwrotów. Kolejny dowód na to, że to, co jest najważniejsze wyraża się prostym językiem, a to, co najważniejsze dzieje się każdego dnia i każda historia jest warta spisania.

Dla mnie to pozycja szczególna i wcale nie dlatego, że włoska, choć i to ma dla mnie duże znaczenie. Miałam okazję ponownie znaleźć się tam, gdzie lubię być, gdzie zbieram energię i z każdym oddechem czuję jak ona rozchodzi się po całym ciele. Książki Erri de Luca widziałam w Rzymie i wiem, że kolejną przeczytam już w oryginale, no i wiem gdzie zaplanuję kolejną wizytę w Italii.

DOSKONAłA

10 maj 2009

rzymskie wakacje, pracą zabarwiane

Krótki wyjazd a przygotowań tak wiele.
Przed podróżą do Rzymu postanowiłam poszperać trochę na półkach z współczesną literaturą włoskich pisarzy.
Sięgnęłam po doskonałą Mariolinę Venezię i jej książkę Mille anni che sto qui ( Jestem tu od wieków) oraz po Mal di Pietre (Ból kamieni) Mileny Agus.



Być po może po przyjeździe pojawi sie na ich temat kilka zdań.
Tymczasem pakuje walizkę i lecę tam gdzie mówią najpiękniejszym językiem świata, na ziemię, którą tak ukochałam, do przyjaciół, do słońca, do wrażeń, do uśmiechów.
Zabieram w podróż tylko jedną książkę, która narobiła bałaganu w mojej głowie o który głośno prosiłam. Jest już dla mnie tak ważna, że postanowiłam przeczytać ją jeszcze raz siedząc gdzieś w Rzymie.

Malutka Czarownica Otfried Preussler








Była sobie Malutka Czarownica, która miała tylko 127 lat, a to, jak na czarownicę, jest naprawdę bardzo mało.

Była młodziutką obiecującą czarownicą, ciągle czytającą swoją Księgę Czarów.

Malutka Czarownica miała swojego ukochanego przyjaciela czarnego kruka Abraksasa, który potrafił mówić i najbardziej lubił gdy Malutka Czarownica czarowała. Nasza mała bohaterka za wszelką cenę chciała zostać zaproszona na tańce dorosłych czarownic. Nie spodobało się to jednak złym czarownicom, dlatego postanowiły ją ukarać. Kazały także przygotować się do ważnego egzaminu na prawdziwą czarownicę. Od tej pory życie Malutkiej Czarownicy to pasmo małych sukcesów w byciu dobrą czarownicą. Nie nauczyłaby się jednak być dobrą, gdyby nie dobre rady Abraksasa. Jeśli chcecie wiedzieć jak zakończyła się historia Malutkiej Czarownicy i czy udowodniła złym ciotkom, że warto postępować dobrze, musicie sięgnąć po książkę Malutka Czarownica Otfrieda Preusslera.

Otfried Preussler (ur. 1923) - niemiecki pisarz zaliczany do najwybitniejszych i najpopularniejszych autorów literatury dziecięcej niemieckiego obszaru językowego. Napisał 32 książki, które przetłumaczono na 55 języków i uhonorowano licznymi prestiżowymi nagrodami.

Danuta Konwicka (1930 -1999) - graficzka i ilustratorka. Absolwentka Wydziału Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Współpracowała z czasopismami dla dzieci i młodzieży ('Świerszczyk', 'Miś'), tygodnikami literackimi i magazynami satyrycznymi ('Szpilki'). Zilustrowała ponad dwadzieścia książek dla dzieci.


Wydawnictwo Dwie Siostry


09 maj 2009

Tatarak Andrzej Wajda



To jeden z najdziwniejszych filmów, jakie widziałam w życiu…

Myślę, że to jest film niespodziewany. Nikt się nie spodziewa, że zobaczy coś takiego. To jest film zdumiewający…

Krystyna Janda

Film rozpoczyna się sceną, gdy Krystyna Janda czyta Andrzejowi Wajdzie fragment opowiadania Iwaszkiewicza Tatarak. Dotyka roślinę, wącha ją, łamie, oboje są skupieni na tekście. Za chwilę stajemy się świadkami historii Pani Marty (Krystyna Janda) – doktorowej z opowiadania Iwaszkiewicza. Śledzimy jej losy, podglądamy jej życie, jej ból i cierpienie po stracie swoich synów, oddalenie od męża (Jan Englert), fascynację młodym chłopakiem Bogusiem (Szajda). Co jakiś czas historię przerywają sceny z zupełnie innego świata, świata rzeczywistego, w którym Krystyna Janda jest sobą i w ciemnym pokoju wygłasza monolog o chorobie i śmierci swojego męża Edwarda Kłosińskiego.

Na potrzeby filmu, w wyniku długotrwałych rozmów z reżyserem i operatorem Pawłem Edelmanem, aktorka zdecydowała się oddać temu filmowi własną historię. Jej monolog jest przeszywający, bolesny i szczery. Tekst jest jak najbardziej osobisty, ale jest ciągle tekstem napisanym przez artystkę, ubranym w odpowiednią formę.

Marta Iwaszkiewicza, zachowuje się tak, jakby jej życie nie miało już sensu. Śmiertelnie chora, smutna, ciągle zamyślona, oddalona od rzeczywistości. Przypadkiem spotka młodego chłopaka Bogusia, którego obecność zaczyna przywracać jej trochę życia. Widzimy jak się uśmiecha, jak w jego towarzystwie promienieje, pozwala sobie nawet na odrobinę szaleństwa i umawia się z chłopakiem nad rzeką by razem popływać.

Krystyna Janda i jej monolog, intymna spowiedź, z której dowiadujemy się jak umierał jej mąż Edward Kłosiński. Jej szczere słowa opisujące dokładnie, krok po kroku walkę ze śmiercią, wsparcie, brak zgody na wyrok.

I znowu Marta, Boguś, ich pocałunek, rzeka i ponownie śmierć. Towarzyszymy Marcie w walce ze śmiercią by za chwilę podążyć za nią ze świata fikcji Iwaszkiewicza do realnego świata, w którym staję się artystką, ucieka z planu, wsiada do samochodu i odjeżdża.

Ciemny pokój, gdzie Krystyna Janda opowiada między innymi o tym, jak w dniu śmierci swojego męża pojechała do teatru i wyszła na scenę by zagrać. Pyta samą siebie jak mogłam wtedy grać?

Mamy tu mozaikę, fikcyjnej opowieści, prawdziwego życia i próbę zlepienia wszystkiego w całość. Czym jest sztuka, literatura, kino? Wdzieramy się na plan filmu by zaraz stać się świadkami historii Marty i jednocześnie przeżywać dramat wygłoszony przez Krystynę Jandę – kobietę, człowieka, artystkę.

Film jest eksperymentem, za który dałabym najwyższe nagrody. Jest doskonały w odbiorze, zmuszający do zastanowienia, refleksji. Cieszę się, że takie filmy powstają, że raz na jakiś czas pojawia się na ekranach film, by przypomnieć, że obok fikcji, sztuki dzieje się jeszcze coś bardzo ważnego – nasze życie, które zawsze będzie od sztuki cenniejsze.


Pojawiła się również książka, która jest swego rodzaju zbiorem doświadczeń artystów podczas pracy nad filmem. Książka zawiera opowiadanie Iwaszkiewicza, wywiad z Andrzejem Wajdą, Krystyną Jandą i Marią Iwaszkiewicz - córką Jarosława Iwaszkiewicza. Dodatkowo przepiękne ilustracje autorstwa Piotra Bujnowicza. Nie sposób nie sięgnąć po książkę zaraz po wyjściu z kina.