2011-10-30

Stuhr i Moretti w doskonałej formie




O filmie Habemus Papam pisałam tutaj jeszcze zanim obejrzałam film. Śledziłam wszelkie wzmianki na jego temat, szukałam informacji dotyczących reakcji Włochów na obraz Nanniego Morettiego. Dwa tygodnie temu widziałam przedpremierowy pokaz w Poznaniu. Nie będę nigdy obiektywna, jeśli chodzi o pracę tego reżysera. Uwielbiam manierę, z jaką kręci filmy, sposób, w jaki wygłasza kwestię, jego grę. Lubię go nie tylko jako aktora, ale również jako mężczyznę. Lubię mu się przyglądać, słuchać go, obserwować. Mam do niego po prostu słabość.
Podobnie rzecz ma się, gdy chodzi o aktora Jerzego Stuhra, dla którego reżyser stworzył rolę rzecznika Watykanu, Polaka, pana Rajskiego.
Powtórzę się, poświęciłam aktorowi tyle czasu i mam do niego tyle sympatii i szacunku jako artysty, że każdy film z jego udziałem odbiorę inaczej niż osoba, która przyjdzie do kina ot tak obejrzeć film.
Dlatego trudno pisać mi o filmie „Habemus papam” nie odsłaniając wcześniej wiszącej zasłony fascynacji.

Pokrótce, w czym rzecz. Nowo wybrany namiestnik stolicy apostolskiej Melville (Michel Piccoli) przerażony funkcją, jaka na niego spadła, zastanawia się czy udźwignie ciężar bycia przewodnikiem ludu. Ich wybrańcem, opoką i wsparciem. Chwile zwątpienia i strachu uniemożliwiają mu podjecie decyzji. Sprowadzony przez Rajskiego (Jerzy Stuhr) psychiatra (Nanni Moretti), próbuje rozmawiać z Melvillem, ale nie udaje mu się dotrzeć do biskupa. W rezultacie Melville ucieka z Watykanu, błądzi po ulicach Rzymu, wraca do czasów swojej miłości do teatru, spotyka aktorów wystawiających „Mewę” Czechowa. Rajski nie ustaje w poszukiwaniach i namowach na objęcie tak zaszczytnego stanowiska, ale decyzje musi podjąć Melville. W tym czasie w Watykanie, gdy lud oczekuje papieża, rozgrywa się mecz siatkówki miedzy biskupami a sędziuje nikt inny, a sam psychiatra, na którego początkowo dość sceptycznie spoglądano.

„Una comedia dolorosa” – bolesna komedia, taki był zamiar Morettiego. Sądzę, że się udało. Jestem pewna, że widziałam obraz na miarę naszych czasów. Pełnych zwątpienia, chaosu, strachu. Taki ludzki. Doszły mnie słuchy, że film dotyka wiernych, że zwolennicy kościoła burzą się, (choć podejrzewam, że większość z nich jeszcze filmu nie widziało). Pytam, na co się oburzają? Na ludzkie zwątpienie, niepewność. Melville ma prawo się wycofać, nie chce być przywódcą, wolałby być bratem, stanąć obok wiernych, rozmawiać z nimi, nie ich prowadzić. To brzemię odpowiedzialności, które mu ciąży, gdy spaceruje po Rzymie, jest dla niego zbyt ciężkie. Podejmuje decyzje zgodnie ze sobą. Dlatego, choć na początku filmu drażnił mnie swoim „nie wiem”, gdzieś w połowie zaczynałam go rozumieć, potem mu współczuć, aż w końcu stanęłam po jego stronie. Urzekł mnie swoją decyzją i do końca nie wiedziałam, jaka ona będzie.

Film polecam szczególnie, bowiem w moim przekonaniu ujawnia się w nim pewna myśl, choć niekoniecznie musiała prowadzić tych, którzy film skroili. To jest mój bardzo prywatny odbiór. Jest takie zdanie, które często pojawia się w książkach Jerzego Stuhra, a na które natknęłam się podczas lektury „Udawać naprawdę” i od tej pory stało się moim credo życiowym, choć czasem trudno żyć mając je przed sobą. „Robić tak, jak czujesz. Robić coś, w czym nie ma cienia kombinacji, czy to się będzie podobać, czy idzie z modą, czy wpisuje się w nurt…To cię czyni wolnym. To jest zwycięstwo”.
Melville wygrał.

A przy okazji Nanniego Morettiego, nie wiem czy wiecie, że stworzył wytwórnię Sacher Film i ma swoje kino w Rzymie. Zdjęcia stare ale niesamowite było wejść do środka i zapytać o Jerzego Stuhra i wrażenie pozostaje do dzisiaj.



2 komentarze:

Piter Murphy pisze...

Wybieram się do kina na ten film :-)

Libreria pisze...

ciekawa jestem wrazen, bo juz chyba po?