Na
literackie wydarzenia czeka się niekiedy bardzo długo. Czyta się książki i
ciągle czeka się na ten cios, na totalne oderwanie od rzeczywistości i na oczu
zmęczenie. Gdy się już pojawi, to zwykle podczas lektury pierwszego zdania wiemy,
że to jest właśnie to.
Moja walka. Powieść pierwsza, Karla Ove Knausgåda – to dla mnie właśnie taka powieść.
Napisać
o niej, że to dobra powieść, to jak nic nie napisać. Można dodać doskonała, choć
to też mało.
Knausgård
postanowił zmierzyć się ze swoją przeszłością i po prostu zaczął o swoim życiu
pisać. Tylko pisanie o tym co było, głównie o niepokojącej relacji z ojcem,
która to rzuciła się cieniem na resztę życia autora, mogło stać się remedium na
teraźniejszość.
Autor
podzielił powieść na dwie części. W pierwszej opisuje bardzo dokładnie swoje
dzieciństwo, okres dojrzewania, czas buntu, pierwsze miłości, fascynacje muzyką
i literaturą, relacje z kolegami ze szkoły, z bratem. Opisuje codzienność
nastolatka. W tej relacji – dodam bardzo szczegółowej, pojawiają się jego rodzice.
Matka, która rzadko bywa w domu i ojciec, który z rezerwą i chłodem odnosi się
do synów. Przeplata tę opowieść teraźniejszymi wydarzeniami związanymi ze swoim
małżeństwem, trudnym wychowaniem córki. Część druga to kilka dni zaraz po tym, jak
autor dowiaduje się o śmierci swojego ojca, który zapił się na śmierć. Razem z
bratem jadzie do domu swojej babci, z którą ojciec mieszkał przez ostatnie lata,
by zmierzyć się z tym, co tam zastanie.
Można
zadać sobie pytanie, i ono dość często pojawiało się podczas lektury, co
takiego jest w tej książce, w której autor drobiazgowo, mozolnie i momentami
(dla niektórych) nudnie opisuje dzień za dniem ze swojego życia? Ja z każdą
przewróconą stroną czułam zachwyt, choć początkowo towarzyszyło mi poczucie
zażenowania, bo gdzie te fajerwerki, gdzie ten strzał? Na szczęście nie
potrzebowałam dużo czasu, by się przekonać, że potęga tego tekstu tkwi w
języku. Surowy, przefiltrowany, prosty. Jak inaczej pisać o śmierci, jeśli nie
prostym językiem? Po co silić się na językowe „wygibasy”, chcąc pisać o
relacjach z ojcem, o których tylko prostymi słowami można pisać. Niby banalna
zasada, a jak dobrze się tu sprawdziła. Wszystko wiemy, bo podane mamy to z
chirurgiczną precyzją przy użyciu „językowego skalpela”, jak ja nazywam ten
godny naśladownictwa zabieg. Każda czynność jest dokładnie opisana. Knausgård
informuje nas, jak przygotowuje posiłek, gdy idzie na spacer, dokładnie wiemy,
jak wyglądają budynki, które mija, gdy patrzy przez okno, widzimy dokładnie to,
co on dostrzega. Czujemy smród odchodów, gdy sprząta dom, w którym zmarł jego
ojciec.
Bardzo
mi blisko do Knausgårda, do jego odbioru rzeczywistości czy raczej jej opisu. Bo czy nie czujemy czasami, że życie nasze to
taka codzienna walka, w poszukiwaniach, staraniach, zmaganiach? Czy nie mamy
ochoty zapalić papierosa, zaciągnąć się mocniej niż zwykle, a wydmuchując dym
poczuć, że choć na chwilę tę walkę wygrywamy?
Czuję
niedosyt, ale też radość, bo Karl Ove Knausgård napisał jeszcze pięć tomów, i jeśli każdy kolejny będzie w
podobnej tonacji, a wierzę, że tak będzie, czeka mnie uczta literacka.
Na
koniec fragmenty, które długo ze mną zostały:
Uznałem, że jutro wszystko będzie wyglądało inaczej. Dzień zawsze przynosił coś więcej niż tylko światło. Bez względu na wycieńczenie emocjami, człowiek nigdy nie pozostaje obojętny na nowy początek, jaki przynosi każdy poranek.Od wielu lat usiłowałem pisać o ojcu, ale to mi nie wychodziło, z całą pewnością dlatego, że temat był zbyt bliski mojego życia i nie pozwalał się tak łatwo zmusić do ujęcia w inną formę, która jest przecież warunkiem literatury. To jedyne rządzące nią prawo: wszystko musi się ugiąć pod formą. Jeżeli któryś z pozostałych elementów literatury, takich jak styl, intryga, tematyka, staje się mocniejszy niż forma, jeśli któryś z nich ją sobie podporządkuje, rezultat będzie kiepski. Dlatego właśnie pisarze o wyrazistym stylu tak często piszą słabe książki. Podobnie bywa z tymi, którzy poruszają ważkie tematy. Siłę tematyki i stylu należy złamać, tylko wtedy może powstać literatura. Właśnie to łamanie nazywa się 'pisaniem'. W pisaniu chodzi zatem bardziej o niszczenie niż tworzenie.Człowiek wie o czymś za mało i to coś nie istnieje, człowiek wie o czymś za dużo i to coś też nie istnieje. Pisanie jest wyciąganiem tego, co istnieje, z cienia tego, co wiemy. Właśnie o to chodzi w pisaniu. Nie o to, co się tam dzieje, nie o to, jakiego rodzaju akcje się tam rozgrywają, tylko o tam samo w sobie. Tam, oto jest miejsce i cel pisania. Ale jak tam dotrzeć?
Moja walka, Powieść pierwsza
Wydawnictwo Literackie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz