2015-03-27

Wyspa, wcale nie jak wulkan gorąca






 Wyspa łza, Joanna Bator
  Wydawnictwo Znak










Bardzo dobrze pamiętam dwie powieści Joanny Bator. Piaskowa góra i Chmurdalia, potrafiły oderwać mnie od rzeczywistości na długi czas. Żyłam z Dominiką Chmurą, bohaterką powieści, najpierw w jednej z dzielnic Wałbrzycha, skąd tytuł pierwszej powieści, a potem podróżowałam razem z nią, gdy opuściła Wałbrzych w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Pamiętam kunszt języka, doskonałe brzmienie obu powieści. Każde zdanie czytałam z zazdrością i uwielbieniem dla talentu Joanny Bator. Długo wyczekiwana Ciemno, prawie noc, kolejna powieść pisarki, wydana trzy lata po Chmurdalii, utwierdziła mnie jedynie w przekonaniu, że na książki tej pisarki warto czekać.

Pisząc kolejną powieść Rok królika, autorka wydaje wcześniej Wyspę łzę.

Mam z tą książką kłopot. Piaskowa góra czy Chmurdalia to nie jest i jeśli sięgniecie po nową powieść Joanny Bator licząc, że zatopicie się na długi czas w literacko doskonale skrojonej powieści, to się przeliczycie. W moim odczuciu literacko doskonale to nie jest skrojone, powieścią też bym tego nie nazwała, może bardziej jakąś relacją, opisem swoich stanów, które tkwią wewnątrz i na które nadszedł czas, by je z siebie wyrzucić, by z czymś się rozprawić.

Joanna Bator znajduje w Internecie historię o zaginionej Sandrze Valentine, ładnej blondynce, która zaginęła na Sri Lance. Ta historia, szukana przez powracającą w głowie autorki frazę „znikła bez śladu”, stała się główną osią książki. Podąża po wyspie śladami Sandry, próbuje odnaleźć jakiś ślad. Wszystko to przeplecione zostaje jej własnymi przemyśleniami, nie tyle o tej konkretnej podróży, co o własnych zmaganiach autorki, wątpliwościach wynikających z jej stanu ducha. 

Uwagę zwraca bardzo ciekawa koncepcja zahaczek, czyli obrazów w pamięci, „które służą do tego, by zaczepić o nie nić i tkać opowieść […] Zahaczki nie można wymyślić, załatwić sobie, wychodzić, bo jest raczej czymś, co samo wpada w ręce, co wchodzi pod pióro”. Taką zahaczką może być zapamiętane przez autorkę ucho dziadka, z którego tworzy postać w jednej ze swoich powieści. 

Dużo w tej książce samej Bator, moim zdaniem trochę za dużo. Odkrywa to, co było zawsze pewną tajemnicą dla mnie jako czytelniczki  i, nie ukrywam, ta tajemniczość była ciekawa, a teraz wiem więcej i nie jest mi z tym dobrze. Z tego gąszczu tekstu wyłuskajcie jednak fragmenty, które dla Was uczynią tę książkę znośną na tyle, by skończyć lekturę, bo są tu fragmenty bardzo dobre i fragmenty bardzo złe. Przydałby się ktoś, kto by ten tekst wyczyścił, trochę skrócił, wyeliminował zbędne, nużące opisy. 

Czekam jednak na Rok królika, i zostawiam Was z tymi dobrymi, w moim przekonaniu, fragmentami.

Nie każdy melancholik ma mrocznego bliźniaka, ale każdy, kto doświadczył tej niesamowitej obecności, zna Czarne Słońce melancholii, bo to sprawia, że niektórzy z nas rzucają ten szczególny cień. Z obecnością przewrotną 
i niejednoznaczną mrocznego towarzysza wiąże się skłonność niektórych melancholików do dalekich podróży, skłonność mająca znamiona obsesji i niekiedy prowadząca do zguby. Jednocześnie bowiem pragniemy przechytrzyć nasz cień, umknąć przed nim, choćby w jądro ciemności, jak i obawiamy się, że nas opuści 
i obudzimy się w jakimś hotelu pozbawieni czarnego blasku, zwyczajni. 

Pomieszkiwałam tu i tam, nigdzie nie zamieszkałam i nie zadomowiłam się, bo zawsze przychodzi moment, że dalsza podróż, zmiana miejsca stają się nie kaprysem czy atrakcją, ale czymś bez czego nie mogłabym dalej żyć w miejscu wyzutym już ze znaczenia i nadgniłym.

Ukrywamy się po lasach, sroki złodziejki, „partyzantki” pozbawione nawet żeńskich form w języku. Ciągle trwa wojna przeciw nam. Polem tej bitwy nasze ciało: mierzone, ważone, dzielone, kradzione i sprzedawane. Niektórym 
z nas udało się wygrać osobiste bitwy i zbudować własną niszę, inne to wieczne uciekinierki z jednym tobołkiem, skazane na kolejne obozy dla uchodźców. Z kulą w gardle, z jeżem  w brzuchu, z dyplomem doktorskim w kieszeni (… ) Twórcze i samotne, bo mężczyźni często uciekają od nas w popłochu na mielone i pomidorówkę do bezpiecznych kuchni swoich żon/mam.

1 komentarz:

dragonfly pisze...

Dla mnie tez "Wyspa łza" ociera się o grafomanię miejscami. Bardzo mnie Bator tą książką rozczarowała.