Nie pamiętam książki, która wywołała u mnie taki niesmak i takie rozczarowanie. Konające zwierzę Philipa Rotha bo o tej książce mowa postanowiłam przeczytać z dwóch powodów. Po pierwsze po przeczytaniu Everyman miałam z zachwytu ochotę przeczytać coś jeszcze, a po drugie wybrałam właśnie tę książkę, ponieważ niebawem na ekrany kin wchodził film Elegia na jej podstawie.
Szybko cieszyłam się, że ta książka ma zaledwie 130 stron. W połowie miałam ochotę rzucić ją w kąt, ale za każdym razem powstrzymywał mnie fakt, że jednak książka jest zawsze ważniejsza niż film, przynajmniej w moim przekonaniu.
O czym jest rzecz? Temat dość powszechny i jak dla mnie nudny, mianowicie o romansie między starszym mężczyzną i młodą kobietą. David Kepesch ponad sześćdziesięcioletni wykładowca nowojorski, erudyta w każdym calu postanawia zdobyć dwudziestoczteroletnią studentkę kubańskiego pochodzenia Consuelę Castillo. Nasz ciągle urodziwy wykładowca nie stroni od kobiet, przeciwnie ich ilość przewijająca się przez jego mieszkanie jest ogromna a kolejną zdobyczą miała być właśnie wspomniana Consuela. Pech jednak chciał, że nasz Casanova zakochuje się w Consueli i traci dla nie głowę, co więcej staje się zazdrosny i powątpiewa w przyszłość tego związku. Ten cyniczny hedonista wpada w pułapkę, z której nie bardzo wie jak się wydostać. Żali się oczywiście swojemu przyjacielowi, który specjalnie nie stara się wczuć w rolę sumiennego powiernika. Ich rozmowy „o życiu” to według mnie bełkot dwóch takich, którzy nie potrafią utrzymać na wodzy swoich penisów. Hedonistyczne nastawianie obu Panów do życia mierzi, gdy się to czyta. Przyjaciel naszego bohatera zdradza oczywiście swoją żonę, co akurat nie dziwi biorąc pod uwagę jego porady, a na łożu śmierci ma przebłysk czułości i miłości, czule całuję żonę, rozpina jej guzik bluzki i chce dotknąć jej piersi. Nasz bohater zachwycony tą sceną mówi do żony przyjaciela – cieszę się, że mogłem to zobaczyć, a ona - Ciekawe kogo sobie wyobrażał na moim miejscu. Dla mnie to najlepszy fragment tej książki. Ta kobieta wypowiada jedno zdanie, którym dobitnie udowadnia, że wie o zdradach męża i siłą rzeczy nokautuje płeć męską.
Rząd męskich słabeuszy wzbogaca jeszcze syn naszego wykładowcy, Kenny, który ma w zwyczaju odwiedzać swego ojca w środku nocy i żalić mu się na swój ciężki los jaki go spotyka prawdopodobnie w głównej mierze dlatego, że jego ojciec opuścił jego i matkę gdy był mały. Biedny Kenny ma oczywiście kochankę i rodzinę i bezustannie zadaje sobie pytanie, co zrobić, bo przecież nie chce opuszczać rodziny jak jego ojciec, ale kocha swoją kochankę.
„Życie Kennego ma znaczenie, którego moje jest pozbawione” – mówi Kepesch. Syn jest wbrew pozorom wierną kopią ojca jednak kurczowo trzyma się pewnych reguł, raniąc tym samym o wiele więcej osób niż jego ojciec. Jest takim „czterdziestodwuletnim mężczyzną przykutym do egzystencji trzynastolatka i stale nią torturowanym”.
Jedyne, co mogę uznać za dobre, jeśli już mam szukać czegoś wyjątkowego w tej książce, to kobiety. Silne i znające swoją wartość kobiety. Consuela Castillo jest owszem młodą i według Kepescha niedoświadczoną kobietą, ale dobrze znającą swoją wartość i potrafiącą doskonale manipulować tym biednym starym satyrem. Wie czego chce i konsekwentnie to realizuje. Gdy Kepesch nie wywiązuje się z obietnicy, znika z jego życia tak jak ostrzegała. Jest też wspomniana żona przyjaciela Kepescha, i jego długoletnia kochanka Carolyn, która pojawia się w jego życiu sporadycznie choć regularnie, by otrzymać zawsze to na co od lat się umawiali, czyli seks bez zobowiązań.
Koniec książki według mnie trąci banałem. Nie będę Wam zdradzać jak skończy się ta miłosna historia, w każdym razie odniosłam wrażenie, że każdy, kto to czyta byłby w stanie wymyślić dużo lepszy koniec. Nie wiem, może w banale tkwi jakiś zamysł, nie rozszyfrowałam tego jeszcze i nie sądzę, żebym się już nad tym specjalnie pochylała. Trochę jak tani romans, wyciskacz łez. Nie tego się spodziewałam.
Isabel Coixet, którą cenie za takie obrazy jak Życie ukryte w słowach, czy Moje życie beze mnie, postanowiła nakręcić film na podstawie tej książki. Muszę przyznać, że film jest ładny, stonowany, przyjemnie się go ogląda. Nie porywa, choć w moim odczuciu jest dużo lepszy niż książka. Bardzo dobre role Penelope Cruz ( Consuela Castillo) i Bena Kingsleya ( David Kepesch). Penelope Cruz według mnie wygląda jak bogini, więc każda scena z jej udziałem to czysta przyjemność patrzenia a i aktorką jest nietuzinkową, dzięki czemu film nadrabia.
Banalny koniec książki na ekranie odebrałam już lepiej, może to zasługa muzyki Schuberta w tle. Film gdyby nie czytać wcześniej książki to klasyczna historia miłosna z dramatycznym zakończeniem. Momentami trochę nudnawa i przeciągnięta go granic możliwości, ale znośna.
Nigdy nie miałam i nie będę miała nic przeciwko związkom gdzie różnica wieku wynosi 30 lat. Miłość ma różne oblicza i chwała jej za to. Dotyka każdego, niezależnie od wieku. I podkreślam nie to raziło mnie w książce, ani nie perwersyjny związek bohaterów. Nie zaszokował mnie ani jeden fragment książki, który zresztą nie pojawił się w filmie.
Permanentnie odczuwałam brak pomysłu na tę książkę i próbę wplecenia pomiędzy romans ambitniejszych fragmentów, które tylko zepsuły całość nadając książce śmieszny ton.
Mam nadzieję, że nigdy nie przestanę zachwycać się książkami z „miłością w tle”, prawdziwymi wielkimi romansami. Dzień w którym przeczytałam Miłość w czasach zarazy Marqueza uważam za jeden z ważniejszych dni w moim życiu. Miłość to wielkie uczucie potrafiące budować i niszczyć bardziej niż nam się może wydawać, niestety miłość z książki Konające zwierzę nie wywołuje we mnie żadnych emocji. Pretensjonalne, banalne, zbędne…