Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Letteratura italiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Letteratura italiana. Pokaż wszystkie posty

2023-10-28

Apulia

 No więc było się gdzieś tam w tych Włoszech…

I się wróciło. Bo w końcu kiedyś, wcześniej czy później, zawsze się wraca. I już podarte mapy się na miejsce wstawiło. Torby, walizki, plecaki z niechęcią się rozpakowało. Brudy z odrazą się do pralki wrzuciło. Nazajutrz do roboty z przymusu się poszło. Ale to nie znaczy, że problemu, przed którym stawia nas podróż, już nie ma. Że nagle gdzieś przepadł. A ów problem to nazwanie tego, co się zdarzyło, opowiedzenie sobie nieodległego jeszcze w czasie doświadczenia. Obrysowanie go słowem. Bo podróż, by nabrała kształtów, by zaczęła realnie znaczyć, musi zostać – w ten czy inny sposób – opowiedziana.

                                                                                Dariusz Czaja, Gdzieś dalej, gdzie indziej

 

No więc było się gdzieś tam w tych Włoszech. I się wróciło. I się jakoś na życie w zimnej, polskiej rzeczywistości nie zdążyło przygotować. 7 lat kazałam sobie czekać na powrót do Włoch, za długo. Mam do tego kraju ogromny sentyment, serce całe nawet. Przyjaźnie do dzisiaj, najpiękniejsze wspomnienia, kulawą znajomość języka włoskiego i permanentny głód wiedzy i doświadczeń, tych z regionem związanych.

Dariusza Czaję i jego Gdzieś dalej, gdzie indziej czytałam lata temu i pamiętam, pomyślałam wtedy, ach jakie to jest cudo i jak bym chciała zobaczyć choć fragment tego świata, o którym tak dobrze pisał. O Materze, małej Jerozolimie, pamiętam, o Tarantelli, włoskim tańcu ludowym, pamiętam, o tych literackich powiązaniach, pamiętam. I byłam, albo jeszcze jestem, bo z takiej podróży prędko się nie wraca.

Zamiast usiąść w restauracji, siadam na schodach przed katedrą i patrzę, obserwuję codzienne życie w innym niż moje miejscu, w pełnym zachwycie. J. siedzi obok, wiemy dobrze kiedy milczeć, a kiedy mówić, każda z nas wie czego druga szuka, na co czeka i nie czeka. Niespieszność tych naszych podróży zachwyca mnie od lat.

Z Apulii przywożę muzykę, towarzyszy mi od tygodnia. Lo ruscio te lu mare Brigalle.

 

Tylko naiwni wierzą jeszcze, że tak naprawdę podróżujemy jedynie wtedy, gdy fizycznie przemieszczamy się w geograficznej przestrzeni. A więc wtedy, gdy rozbudzone zmysły upewniają nas o realności chwili. Kiedy właściwe czasowi podróżnemu natężenie uwagi skrapla żywe doświadczenie w doznania o dużym stopniu intensywności. Kiedy wczepieni mocno w czas teraźniejszy oswajamy dla siebie inny, nieznany nam wcześniej fragment świata. Tymczasem rzecz jest dużo subtelniejszej natury. Podróż, choć da się ją bez wątpienia kartograficznie obrysować i precyzyjnie zaznaczyć w kalendarzu, wykracza poza tempus praesens rzeczywistej wędrówki. I to, by tak rzecz, w obie strony.

                                                                                Dariusz Czaja, Gdzieś dalej, gdzie indziej










 


2023-05-19

Nie zdobywając szczytów. Wyprawa w Himalaje

 

Książkę Paolo Cognettiego zaczęłam czytać przed wylotem w Himalaje. Po „Ośmiu górach” czekałam na kolejną, trochę licząc na błysk, którego mi w pierwszej zabrakło. Nie zdążyłam „Nie zdobywając szczytów” dokończyć.

Po wyczerpującej podróży powrotnej, leżąc w łóżku, zorientowałam się, że jest obok. Wzięłam ją do ręki i pierwszy fragment, był dokładnie o tym, czego przed chwilą doświadczyłam w Himalajach. Dokładnie o tym, co razem przeżyliśmy. Zostawię to tutaj.

A jednak jakie to było piękne, móc znów ruszyć w drogę, jak instynktowne i konieczne się to stało. Zostawić znany świat za plecami i odkrywać za każdym razem kawałek nowego świata. Marsz był naszą codzienną misją, naszą miarą czasu i przestrzeni. Był naszym sposobem myślenia, bycia razem, przeżywania dnia, był pracą, jaką nasze ciała wykonywały samodzielnie. Choć wychudzone, wymizernowane i gorączkujące, codziennie rano stawały na nogach i ruszały w drogę, łagodne niczym muły. Marsz sprowadzał życie do tego, co najkonieczniejsze: do jedzenia, snu, spotkania, myśli.
Żaden wynalazek naszych czasów nie był nam do niczego potrzebny, gdy szliśmy, z wyjątkiem pary butów i w moim przypadku książki w plecaku. Od tygodni żyłem ryżem, soczewicą warzywami, czasem jajkami i serem, moją Śnieżną panterą, notatnikiem i przyjaciółmi. Jeszcze bardziej od świadomości, że wystarczy mi tak niewiele, zaskakiwało mnie to, że nie pragnąłem więcej. Dopiero kiedy się zatrzymywaliśmy, powracała potrzeba, nostalgia, aspiracje, wszystkie puste miejsca do wypełnienia.

 

Dziękuję mojej Karolinie, za prezent, który mi przywiozła z Włoch, nie wiedząc, że mam przetłumaczoną na polski. Zmierzę się z oryginałem.