Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w starej szufladzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w starej szufladzie. Pokaż wszystkie posty

2011-04-12

Za zamkniętymi drzwiami Magda Szabo




Jest sporo książek, które nie pozwalają mi na długi czas wrócić do rzeczywistości. Nawet specjalnie wracać nie chcę. Siedzę, myślę, mielę w głowie, aż w końcu wybucha najczęściej złość, że już koniec.
Cenię sobie bardzo umiejętność dostarczania za pomocą niewielkich środków ogromnych emocji. Trzeba mieć talent, taką przypadłość, która jednym życie niszczy, innym daje radość.
Tak intensywnego ładunku emocjonalnego, ilości pytań, które wirują w głowie i strachu przed odpowiedziami, dostarczyła mi Magda Szabo, a jej książka „Zamknięte drzwi” wreszcie pootwierała moje.

Tajemnicza Emerence Szeredas. Gospodyni, służąca, dozorczyni. Trochę zdziwaczała, samotna, apodyktyczna, jednak lubiana i traktowana przez sąsiadów z szacunkiem, oraz doceniana, zapracowana i poszukująca kogoś do pomocy w domu węgierska pisarka, żyjąca tylko z mężem. Spotykają się i tak zaczyna się ich dwudziestoletnia dość skomplikowana przyjaźń. Skomplikowana, bowiem trudno o komplikacjach nie wspomnieć, gdy obie świat postrzegają tak różnie. Wycofanie i tajemniczość Emerence mnoży jedynie niepokojące, pełne spięć sytuacje między kobietami.
Emerence nie przebiera w słowach, krytykuje religijność pisarki, jej „walenie w maszynę” uważa za stratę czasu, nazywa ją mściwym człowiekiem, szydzi z jej życia. Muszę przyznać dość odważnie.

„Co Pani sobie myśli o Bogu i Chrystusie, o których się pani wypowiada jak o osobistych znajomych, bardzo tanio dostaje się u pani zbawienie. Nie dałabym grosza za pani religijność w tygodniu, pani tylko w mieszkaniu jest nieporządna, bo w życiu to pani lubi ład, aż wstręt bierze. W poniedziałek o trzeciej, żeby się paliło i waliło, dentysta, szczerzymy zęby i z powrotem taksówką, bo na drogę to już brak czasu. Co czwartek fryzjer, co środę pierzemy, nigdy innego dnia, prasowanie w czwartek, czy wyschło, czy mokre. W święto i  w niedzielę kościół, we wtorek mówimy tylko po angielsku, w piątek po niemiecku, żebyśmy nie zapomnieli. A poza tym bezustannie walimy w maszynę”.

Jednak rodzi się miedzy nimi bardzo specyficzna więź, która je do siebie przyciąga. Wraz z rosnącym zaufaniem, Emerence przekazuje swojej chlebodawczyni skrawki historii swojego ciężkiego życia, a wkrótce pisarka staje się jedyną osobą, przed którą Emerence otwiera drzwi swojego mieszkania, do którego nikogo dotąd nie wpuszczała. Co kryje się za tymi drzwiami, za które chętnie zajrzałby niejeden sąsiad? Jaką tajemnice kryje przed światem starsza kobieta?

Podobnie jak główna bohaterka mamy powody by nienawidzić Emerence, może nas irytować jej zachowanie, mamy prawo odczuwać niepokój i rozdrażnienie przyglądając się zachowaniu staruszki. I faktycznie tak się dzieje, przynajmniej podczas mojej lektury. Drażniła mnie swoją impertynencją i bezczelnością, ale po pewnym czasie zaczęłam jej wybaczać, coraz lepiej ją rozumiałam i podobnie jak u węgierskiej pisarki ze zrozumienia narodził się zalążek akceptacji a może współczucia.

Niesamowite jest to, że relacja między kobietami została nakreślona tak, że nie nudzi ani przez chwilę. I tu w moim przekonaniu kryje się ogromny talent Magdy Szabo.

2009-12-27

o Falchan Kangri czyli Broad Peak '83 tylko dwie

Dla mnie zdobywanie wysokich gór to swego rodzaju gra, w której stopniowo poznajemy słabe strony atakowanego szczytu i walcząc z własnymi ambicjami ustalamy granice ryzyka. Szczyt nie jest więc przeciwnikiem, a partnerem w tej grze.
Anna Czerwińska

Można po górach chodzić, można zdobywać szczyty, można z tych wypraw wracać i o nich snuć opowieści, można też o swoich wyczynach górskich pisać książki. Pewnie, że można, wszystko można, sztuka jednak polega na tym, żeby napisać o tym, co się przeżyło w taki sposób, by się chciało tam pojechać a jeszcze lepiej żeby się czuło, że się tam jest i szczyt razem z wyprawą zdobywa. To już zupełnie inna sprawa, to już w moim mniemaniu sztuka i to duża, bo jak ciekawie napisać o trzykrotnej próbie zdobycia szczytu, o tym, że za każdym razem albo wiatr, albo śnieg albo masa innych przeciwności stawała na drodze by dokonać ostatecznego ataku. W jaki sposób przelać na papier przeżycie, którego siła jest tak ogromna, że zostawia ślad do końca życia. Jak to zrobić i w jaki sposób, żeby było ciekawie jak już za pisanie się zabierać.
Ance Czerwińskiej się udało i to jeszcze jak, wystarczy, że po odłożeniu książki śniło mi się , że spadam w jakąś przepaść, ogromną, która wsysa mnie w swoje ciemne czeliści a ja krzyczę i w ostatniej chwili chwytam się liny jak tej zbawiennej poręczy i wyję wniebogłosy, by dane mi było chociaż się obudzić. Dawno mi się takie rzeczy nie zdarzały a wszystko dzięki szczegółowej relacji Czerwińskiej z wyprawy na Broad Peak w 1983 roku, którą opisała w książce Broad Peak ’83 tylko dwie. Ośmiotysięcznik zwany też Falchan Kangri zdobyła razem z Krystyną Palmowską stanowiąc najmniejszą kobiecą wyprawę jaka do tej pory działała w górach najwyższych.
Nie mamy tu ani jednego zbędnego zdania a przeczulona jestem ostatnio na punkcie tak zwanego wodolejstwa, wszystko wyważone, jakby przez sito przesiane. Doskonała literatura.
I sama postawa Anny Czerwińskiej i Krystyny Palmowskiej, które szczyt zdobywają za trzecim razem, ich samozaparcie, siła, zdecydowanie, walka z żywiołem, z pogodą, która bywa dość kapryśną panią. Ich postawa utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że moje pomysły są całkiem na miejscu.

POLECAM

2009-12-25

kryminalnie




Nigdy nie byłam zwolenniczką kryminałów, chociaż zastanawiam się czy aby brak zamiłowania do tego gatunku nie wynikał najzwyczajniej w świecie fascynacją innym gatunkiem i porzuceniem na rzecz innych tegoż właśnie. W każdym razie kryminałów nie czytałam wcale. Gimnastykować się musiałam znacznie by polecić jakąś pozycję z tego gatunku. Nie twierdzę, że się nie udawało, ale jednak zdecydowanie bardziej wolałam polecać książki z zupełnie innej półki.
Postanowiłam jednak z czasem skierować utarte tory w innym kierunku i dla dobra sprawy przeczytać coś z półki gdzie wiało grozą.
Zaczęłam od największego kryminału wszech czasów Morderstwo w Orient Ekspressie, Agathy Christie, myśląc a co tam jak zacząć to od największych, pomimo archaicznych skojarzeń.
I nie żałuję, kilka wieczorów razem z komisarzem Herculesem Poirot w angielskim stylu próbowałam rozgryźć zagadkę, kto dokonał zbrodni w expresie, dlaczego zabił, kto maczał w tym palce, kto z kim współdziałał, jakie były przyczyny, motywy itp.
Myślę, że każdy pamięta słynny film pod tym samym tytułem z 1974 roku w reżyserii Sidney’a Lumeta z doskonałą grą Alberta Finney w roli Herkulesa Poirot oraz cudownej Ingrid Bergmann w roli Grety Ohlsson, za którą otrzymała Oskara.
Książka Agathy Christie choć mija wiele lat od pierwszego na jej punkcie szaleństwa nie straciła nic z charakterystycznej dla dobrego kryminału atmosfery grozy, ciągle jest obecny niezbędny dreszczyk emocji.

To, bez czego dobry kryminał nie może zwać się dobrym to według mnie dobry pomysł, dobrze poprowadzona akcja, najlepiej ciągle zmieniające się wątki, przeplatające się ze sobą, żeby czytelnik, musiał się natrudzić, mocno główkować, by wręcz zostać zmuszonym do myślenia. Lubię, gdy akcja dzieje się w małym miasteczku, gdzieś na końcu świata, w zimnej atmosferze, wśród ludzi lodowatych, zamkniętych, nie mających ochoty dzielić się z nikim tym, co widzieli, słyszeli, czego doświadczyli, którzy wręcz przeszkadzają w śledztwie. Lubię, gdy wnikamy w psychikę bohaterów, rogrzebujemy ich tajemnice skrywane bardzo głęboko. Lubię, gdy książka jest napisana w taki sposób, że mamy ochotę przerzucić kolejną stronę i jeszcze kolejną a godzina druga w nocy nie ma żadnego znaczenia, bo czas się zatrzymał.
Wszystko to mamy w książce Utracona Karin Fossum, którą bardzo polecam. Gwarantuję całkowite oderwanie od rzeczywistości i przeniesienie się na pewien czas do niewielkiego norweskiego miasteczka gdzie okrutna zbrodnia zmusiła mieszkańców do bacznego przyglądania się swoim sąsiadom.

2009-07-26

Goło i wesoło Arkadiusz Jakubik



Komedia Goło i wesoło (Ladies’Night)Stephena Sinclaira i Anthony'ego McCartena znana jest na całym świecie. Polska publiczność ma okazję oglądać spektakl dzięki Arkadiuszowi Jakubikowi, który spektakl wyreżyserował.
Akcja komedii rozgrywa się w Tomaszowie Mazowieckim. Kilku bezrobotnych mężczyzn z małej miejscowości swój cenny czas spędza na ławce i toczy dysputy o życiu. Każdy na swój sposób próbuje sobie wytłumaczyć brak pracy, perspektyw, opowiadają sobie, co nowego wydarzyło się w ich życiu, często przy napojach wysokoprocentowych. Jednego dnia zupełnie przypadkiem obserwują striptiz w pobliskim klubie Eden i wpadają na pomysł by założyć męską grupę striptizerów, w której to grupie oni będą gwiazdami. Początkowo pomysł wydaje się kompletnie niemożliwy z racji aparycji owych panów, jednak z czasem przeważa szalę chęć zarobienia pieniędzy i udowodnienia sobie i innym, że też się do czegoś nadają. Zawsze to lepsze niż siedzenie na ławce i popijanie wyskokowych napojów.
Od tego momentu rozpoczyna się istny szał i owacje publiczności na stojąco. Trudno się dziwić. Napalone Nosorożce, bo tak nazwali swoją grupę, przeistaczają się z nieśmiałych i zakompleksionych osobników w przystojniaków świadomych swych ciał. Choć początki bywają trudne, panowie nie załamują się i brną w zaparte. Ich menager wynajmuje byłą tancerkę Wandę - w tej roli Olga Borys - by ta nauczyła ich kilku niezbędnych dla profesjonalnych striptizerów układów a przy okazji dodała im odwagi przed publicznością.
I tak Tomasz Sapryk z minuty na minutę staje się bożyszcze kobiet z lat siedemdziesiątych. Andrzej Andrzejewski, z niskiego, niepozornego chłopca przeistacza się w Michaela Jacksona brawurowo wykonując utwór I am bad. Jacek Lenartowicz chowa kompleksy do kieszeni, przestaje słuchać mamusi i proboszcza by przez chwilę być mechanikiem, na którego widok kobiety szaleją i krzyczą. Paweł Królikowski, który początkowo był jedynie pomysłodawcą całego przedsięwzięcia dał się namówić i również wystąpił przed publicznością jako policjant udowadniając, że nawet kilka kilogramów więcej może być całkiem seksowne. I wreszcie Radek Pazura, którego skłonności do tej samej płci pozwoliły mu na ułamek sekundy stać się gwiazdą wieczoru w nieco odmiennej scenerii.

W czasie przemiany bohaterów obserwujemy normalnych mężczyzn czasem z bagażem nieprzyjemnych życiowych sytuacji, które zmuszają ich do decyzji niekoniecznie słusznych.
Przezwyciężają jednak swoje kompleksy, przestają słuchać negatywnych opinii pod swoim adresem i wspierając się nawzajem biorą życie z swoje ręce. Okazują się być fajnymi facetami, z poczuciem humoru, pełnymi energii i wiary we własne możliwości.

Spektakl wieńczy zaskakujący finał. Publiczność nie przestawała klaskać, krzyczeć, gwizdać. Śmiechom nie było końca a i mrowienie w dłoniach od ciągłego klaskania dało się we znaki.
Spektakl doskonały, gra wyśmienita, muszę przyznać, że nie pamiętam już, kiedy tak dobrze się bawiłam. Żałuję, że nie siedziałam w pierwszym rzędzie, że aktorzy nie widzieli w moich oczach podziwu dla ich gry i wysiłku, jaki włożyli w ten spektakl, ale wiem, że owacje na stojąco były dla nich rekompensatą.

Polecam ten spektakl każdemu, na poprawę humoru, na świetną zabawę, doskonały pomysł na wieczór panieński. Ostrzegam, że mięśnie brzucha napracują się bardziej niż na siłowni.


przekład: Lou Rising
reżyseria: Arkadiusz Jakubik

Agencja Artystyczna Wojart

Kobieta Pierwotna Sigitas Parulskis




Czego kobieta może chcieć od mężczyzny? Jakie może stawiać mu pytania, o co prosić, co zarzucać? Stos pytań, na które powstała cała masa odpowiedzi, nie czyni tematu zamkniętym, co więcej ciągle zmusza do analizy i przyglądania mu się z różnych stron.


Odnoszę wrażenie, że kobieta i mężczyzna nie dogadają się nigdy. Nieporozumienia, które pojawiają się między nimi nie pozwalają na dłużej zaznać spokoju. Na dobrą sprawę jedyne, co można by zrobić, to wprowadzić do tego odwiecznego i nurtującego zjawiska odrobinę humoru. Tak też czyni litewski poeta Sigitas Parulskis pisząc sztukę Kobieta Pierwotna. Okazuje się, że relacje między kobietami i mężczyznami stają się doskonałym tematem na komedię.
Kobieta Pierwotna to monodram, który wygłasza Hanna Śleszyńska. Do dyspozycji na scenie ma jedynie wielkie łóżko, kilka strojów do przebrania i wielką wypchaną lalkę – swojego mężczyznę.
Bohaterka poszukuje mężczyzny idealnego, wielokrotnie zadając sobie pytanie czy takie poszukiwania to misja z góry skazana na porażkę? Lekko i luźno przechodzi z tematu na temat, snując rozważania o tym, jakie to trudne zadanie. Opowiada jak spotyka różnych dziwaków, na co jest narażona taka samotna, poszukująca towarzysza kobieta. Wspomina partnerów swojego życia ich wady i zalety. Dochodzi do różnych wniosków, ale najważniejszym staje się być prawda stara jak świat, że z mężczyznami źle, ale bez nich jeszcze gorzej. Kobieta szuka towarzysza życia tak jak mężczyzna będzie szukał towarzyszki doli i niedoli i tak już będzie, świat się będzie zmieniał a ten fakt pozostanie niezmienny.

Aktorka znana i lubiana w zadziwiający sposób potrafi przez 90 minut rozśmieszać i bawić do łez. To prawdziwy talent, utrzymywać publiczność w stanie permanentnego śmiechu. Ani przez chwilę nie pozwoliła widzom się nudzić. Bezustannie nawiązywała dialog z publicznością, przez chwilę nawet zeszła ze sceny by z humorem nawiązać rozmowę z widzem. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
Sztuka zabawna, pełna akcji i wigoru. Ciekawe, że wszyscy śmialiśmy się do łez, zarówno kobiety doskonale rozumiejące naszą bohaterkę jak i mężczyźni, którzy przez chwilę mogli spojrzeć na samych siebie oczami kobiety będącej głosem nas wszystkich.
To jeden z lepszych spektakli, na jakich byłam, polecam każdemu nie tylko na poprawę humoru, ale także na chwilę zadumy nad złożonością relacji międzyludzkich.


Sigitas Parulskis
reżyseria Arkadiusz Jakubik
adaptacja Cezary Harasimowicz
występuje Hanna Śleszyńska

Agencja Artystyczna Wojart

2008-08-17

...

„Robić coś, w czym nie ma cienia kombinacji, czy to się będzie podobać czy idzie z modą, czy wpisuję się w nurt...Wolność. Robić tak jak czujesz. To jest zwycięstwo.”


Już od dłuższego czasu słowa Jerzego Stuhra stały się moim górnolotnie pisząc credo życiowym. Nie bez powodu też, pisząc pracę magisterską, pochylałam się właśnie nad jego twórczością. Nikt z nas nie jest samotną wyspą. Żyjemy w świecie ludzi, w ramach wielorakich wspólnot i społeczności, w które wpisany jest nasz los. Poruszamy się w dosyć mogłoby się zdawać znanym teatrze, jakim jest nasze życie, postępując według zapisanego już wcześniej scenariusza, idąc tropem Ervinga Goffmana, który badając relacje człowiek–społeczeństwo wykorzystał w swojej pracy „Człowiek w teatrze życia codziennego” analogię do teatru i sceny. Ciągle gramy. Ja gram, Ty grasz, On gra. Zachodzi relacja widz – grający. Nastąpiła teatralizacja życia codziennego. To, co u Goffmana wysuwa się na pierwszy plan to podział na scenę i kulisy. Gramy swoje role, zakładamy maski, żeby pokazać się z jak najlepszej strony, przecież nie możemy sobie pozwolić na chwile nieuwagi, zapomnienia, na chwile oddechu – spektakl trwa nieustannie, trzeba się przebrać w ciasny kostium, dopiąć kamizelkę, nałożyć maskę i wyjść na scenę codzienności.

Wyobraźmy jednak sobie, że ten kostium wbrew pozorom może się podobać, może być wygodny, wystarczająco dopasowany, nie jest powiedziane, że trzeba czuć się w nim źle, przeciwnie, przypuśćmy, że ubieranie go każdego dnia sprawia nam przyjemność, że całkiem dobrze nam w takim stroju i z taką „gębą”. Jakże wygodniej jest grać kogoś, kim się nie jest, lub kogoś, kim chciałoby się być.

W pracy, na uczelni, na ulicy czy w sklepie, w różnych miejscach i w różnych sytuacjach możemy wyciągnąć z torby odpowiedni uśmiech, gest, pozę, formę. Duży komfort.

Spójrzmy jednak, co dzieje się za kulisami, tam gdzie oczy nie widzą. Trudno nam dopiąć kamizelkę, bo na wierzch chce wyjść i wychodzi wszystko to, co chcielibyśmy ukryć a co prędzej czy później i tak nas samych zaskoczy. Nasza gra może okazać się farsą a publiczności z dnia na dzień będzie coraz mniej. Nasz kunszt wypracowany, przez tyle lat wyuczany tak misternie pod okiem najbliższych, nagle okaże się nic nie wart a oklaski zacznie zbierać ktoś inny. Cały nasz warsztat aktorski na nic się nie zda.

I można sobie zadać pytanie, po co to wszystko? Po co udawanie, granie, przebieranie się. Nie wystarczy być sobą? „Wchodzimy w świat, aby przezeń przejść, przechodzimy próbę świata, a świat powinien być miejscem prawdy”. Grotowski zmierzał do tego w swoich poszukiwaniach teatralnych. Śledząc poszczególne etapy jego pracy, ma się odczucie, że prawda zawsze była obecna jakby zawsze wpisana w to, co robił. Mimo licznych krytyk pod swoim adresem, zwłaszcza na początku powstania Teatru 13 Rzędów w Opolu, licznych wątpliwości i pytań a po co to wszystko, On szedł swoją własną drogą. Robił tak jak czuje, niekoniecznie wpisując się w nurt, w to, co jest aktualnie modne, prawie zawsze krocząc pod prąd. Był sobą!

Chciał coś powiedzieć, coś przekazać. Poprzez teatr chciał dotrzeć do istoty człowieka. Wychodził od teatru, ale właśnie poprzez działania teatralne, badania prowadzone nad teatrem chciał dotrzeć do człowieka i do prawdy o nim. Stąd też jego całkowicie inna praca z aktorem, wypracowanie metody wszechstronnego treningu aktorskiego, który pozwalał na osiągnięcie „aktu całkowitego”. Wspinał się w swoich poszukiwaniach coraz wyżej i wyżej coraz dalej by dojść do wniosku, że nie teatr jest ważny, ale to, co się dzięki niemu osiąga. W całym tym świecie pozorów, udawania i gry on skromnie mówił „(...)Po prostu: życie ma dwa bieguny. Jeden – to biegun gry, walki, ukrywania się...To może być bardzo piękna gra! Ale na to, żeby świat zmienić, trzeba drugiego bieguna. I na to żeby, życie miało sens, trzeba go także. Ten drugi biegun jest jak zatrzymanie czasu potocznego i jakby się zaczynał czas inny: czas spotkania między jednym a drugim ludzkim istnieniem. (...) Te dwa bieguny są jak dwa rytmy życia – jak dzień i noc, jak wdech i wydech: między dwoma rytmami życia istnieje przeciwieństwo, ale nie jest możliwe, żeby jeden kłamał drugiemu. Dlatego, jeżeli żyje się biegunem spotkania, wówczas całe życie ulega przemianie (...)

„Wolność. Robić tak jak czujesz. To jest zwycięstwo...”

Mówiąc o wolności, bardziej tej wolności słowa, drogi, po której się kroczy, własnego wewnętrznego głosu, mam na myśli takie zespoły jak Leaving Theatre czy Bread and Puppet Theatre, które stanowiły niejako propozycję alternatywną wobec rodzącego się społeczeństwa masowej konsumpcji. Warto też dodać, że aktor teatru Drugiej Reformy miał do spełnienia już inną rolę. Miał stawać się sobą. Był bliższy, bardziej ludzki, wchodził w interakcję z widzami. Odrzucał wszelkie maski i role narzucone przez społeczeństwo. Był człowiekiem nie aktorem. Do tego wolnym człowiekiem, który ma prawo powiedzieć „Ja się pod tym nie podpisuję”. Nie tylko powiedzieć, ale też pokazać. Spektakle Leaving Theatre to krzyk przeciwko niedoli, i wielkiej machinie systemu ograniczającego wolność jednostki. Próba i to na wielką skalę pokazania innej drogi, którą można kroczyć nie wpisując się w cały mechanizm manipulacji społecznej. Protestować, żyć inaczej. To człowieka czyni wolnym.

Pisząc o własnej drodze niekiedy okupionej smutkiem, bo zawsze pod prąd, drodze, w której wyrażamy siebie, stajemy całkowicie sami w walce z przeciwnościami, całkiem nadzy zrzuciwszy już za ciasny strój i maskę, przychodzi mi na myśl jeszcze jeden teatr, dość nietypowy i Ktoś, kto po swojej drodze kroczy wierny samemu sobie. Śledząc dokonania Polskiego Teatru Tańca Ewy Wycichowskiej mamy do czynienia z ciągłym przełamywaniem własnych przyzwyczajeń, z rozszerzeniem własnych umiejętności, z wysiłkiem nie zasklepiania się w jakiejś sprawdzonej formie. „ ... Taniec jest sztuką, która odnosi się do człowieka i jest przekazana przez człowieka dla człowieka i o człowieku, bo w tańcu mówi się właśnie o nim, o jego uczuciach i relacjach. To, co werbalne jest trudne do określenia, jest poza słowem, tam właśnie zaczyna się to, co najważniejsze w tańcu, to, co z niego wynika i to, co jest tym przeżyciem, niezapomnianym wrażeniem...”

Myśląc o Ewie Wycichowskiej, widzę osobę, która swoją drogą kroczy godnie, wbrew wszystkim, często nierozumiana, spychana ze swoim Teatrem na plan dalszy. Zawsze jednak podkreśla, że aby dojść do Źródła, trzeba iść pod prąd, co nie jest łatwe. ”... Źródłem jest dla mnie to, co jest rdzeniem człowieczeństwa. Dochodzimy do tego rdzenia przez całe życie, co nazywam drogą, bo nie ograniczamy się do stania w miejscu i czekania na to, co przypłynie. To usilne, często pod prąd głównego nurtu, szukanie czegoś, co już istniało, co było naszym źródłem, początkiem i co utraciliśmy. To gdzieś istnieje i teraz zdobywamy wiedzę na ten temat w inny sposób. Rdzeń człowieczeństwa jest w nas zakodowany. Przedzieranie się przez te „mgłę”, pod prąd, które uniemożliwiają łatwe dojście do Źródła, jest drahmą człowieka i jeśli tego nie robi, prędzej czy później okaże się pusty.” Niewielu jest twórców, którzy podobnie jak Ewa Wycichowska potrafią zachwycić, wzbudzić emocję, wstrząsnąć i poprowadzić do bram samego siebie, do pokonywania własnych barier. Dziwne jak wszystko, co niemożliwe, nagle zaczyna wydawać się możliwym.

Wśród poprzebieranych osób, wśród tłumu w kolorowych maskach, na szczęście są i takie, które maski nie założą nigdy, wstając każdego ranka wiedzą, czym jest dzień, kolejnym krokiem na swej drodze lepszej czy gorszej, ale własnej, prawdziwej.

„ Szalony, kto sądzi, że ludzkiego szczęścia trzeba szukać w zaspokajaniu pragnień, przekonany, że dla idących liczy się przede wszystkim dojść do kresu. A kresu przecież nigdy nie ma.” Jest w tym zdaniu A.de S. Exuperego zamysł drogi jako wartości samej w sobie.

Niech życie będzie ciągłym przekraczaniem granic, przełamywaniem barier i to tych własnych, przełamywaniem ograniczeń czasem sprawiających, że zakładanie masek staję się niekiedy łatwiejszym rozwiązaniem. Niech teatr-nasze życie przestanie być teatrem a stanie się prawdą – tą, której poszukiwał Grotowski. Każdy jest inny ze swoim życiem, powiedziałabym nawet, że ta inność zasługuje na uwagę tylko wtedy, gdy ktoś kroczy własną drogą, tą prawdziwą, na której stawia kroki zgodnie z własnym sumieniem, czasem przyjmując krytykę, ale także, i znów posłużę się słowami Jerzego Stuhra

„ ... jeżeli tylko rokujesz nadzieję, potrafisz zainteresować, jesteś kimś, masz odwagę, interesujesz się czymś więcej niż tylko swoim pryszczem, swoją zmarszczką i tym, jak wyglądasz i najważniejsze, kochasz ogromnie swoją pracę i nie zamieniłbyś jej na żadną inną- TO CIEBIE ZNAJDĄ”.

2008-08-16

Wielu jest wezwanych, lecz mało wybranych

Siedzę wygodnie w fotelu i czekam. Z rysującym się na mojej twarzy oczekiwaniem i podnieceniem staram się obserwować reakcje osób siedzących w pobliżu, bo reakcje osoby siedzącej obok mnie dobrze znam i wiem, dlaczego razem pojawiliśmy się tego wieczoru w Teatrze Wielkim w Poznaniu, zwabieni ciekawością, czym tym razem zaszokuje nas Ewa Wycichowska. Piszę zaszokuje, bo słowo szok, odkąd sięgam pamięcią zawsze mi się z Ewą Wycichowską kojarzyło, a szokować, zadziwiać i wciągać, to chyba odpowiednie słowa, by wyrazić to, co dzieje się na scenie podczas przedstawień jej autorstwa. A osobowość to nie byle jaka, to synonim pasji zawodowej, nieustającej drogi poszukiwań i odwagi twórczej.

Gasną światła, cisza. Spektakl „…a ja tańczę” czas zacząć.

Raz, dwa, trzy. Stop. Źle, jeszcze raz, słyszymy słowa.

Na deskach teatru pojawia się pierwsza aktorka – tancerka, której rola przywodzi na myśl nauczyciela, egzaminatora. I rzeczywiście to kobieta (w tej roli Mariola Hendrykowska wieloletnia primabalerina Teatru Tańca jeszcze z czasów Konrada Drzewieckiego), która egzaminuje, przeprowadza casting, surowo odrzuca kolejnych tancerzy pojawiających się na scenie, jasno dając do zrozumienia, że do tańca się nie nadają. Każdy tancerz poddawany jest próbie i ocenie swoich umiejętności, nie sprawdza się, nie wpisuje w gusta, nie ma go, znika, ginie w otchłani bezruchu, w tym przypadku dosłownie ginie, spadając w wielki dół (orkiestron). I już go nie ma, nie ma co rozpaczać, casting toczy się dalej. Następny proszę.

Kolejnym artystą okazuję się nikt inny, jak sam Leszek Możdżer, który dobrze poruszać się co prawda nie potrafi (przynajmniej nie na tej scenie i nie podczas tego wieczoru) ale zasiada do fortepianu i nie po raz pierwszy przekonuje mnie, że grając na tym instrumencie poniesie mnie bardzo daleko. Co też czyni doskonale podczas całego spektaklu, nakładając swoje improwizacje na muzykę Jacka Wierzchowskiego. Selekcja została dokonana. Każdy zajmuje swoje miejsce, przyjęci tancerze zostają na scenie, nie przyjęci odchodzą. Wędrówkę czas zacząć, wędrówkę, gdyż spektakl „…a ja tańczę” jest swoistą wędrówką poprzez wcześniejsze realizacje Ewy Wycichowskiej. Ożywają fragmenty spektakli sprzed lat „Już się zmierzcha”, „+ ,– skończoność”, „Święto wiosny”, „Transss…Nieprawdziwe zdarzenie progresywne”, „Skrzypek opętany” czy niezapomniane „Niebezpieczne związki”. Wspomnienie to, mogłoby się wydawać przyjemnym, gdyby nie fakt, że te fragmenty, to już nie to samo, co kiedyś. Ktoś, kto miał przyjemność widzieć wszystkie spektakle dostrzega różnice. Tym razem nie chodzi tylko o przyjemne wspomnienie czy też podsumowanie 30 lat wspólnej pracy Polskiego Teatru Tańca. Warto może dodać, że spektakl „… a ja tańczę” jest „podarowany” miłośnikom tańca z okazji 30 urodzin Polskiego Teatru Tańca zrodzonego przez Konrada Drzewieckiego, a kontynuowanego właśnie przez Ewę Wycichowską.

Za tym ruchem na scenie – zdaję się opętanym, trudnym, bolesnym do granic wytrzymałości, kryje się coś więcej. Jest to egzamin z umiejętności, talentu, wrażliwości, a surowym egzaminatorem jest nikt inny jak sama Ewa Wycichowska, która czuwa nad całym spektaklem i ożywia go swoją obecnością.

Tym razem jednak tancerze Ewy Wycichowskiej poprzez fragmenty poszczególnych spektakli tworzą swój własny minispektakl, jakby chcieli pokazać, że egzaminy zdają na piątki. Doskonały taniec, niezwykła sprawność ciał, wyczucie rytmu, to tylko niektóre z możliwości tancerzy Polskiego Teatru Tańca, o których nie można nie wspomnieć. Anna Gruszka, Iwona Pasińska, Ewa Sobiak, Lidia Woś, Rustan Biełow, Konrad Stefański, i Przemysław Grządziela jak zwykle nie zawiedli. Szczególnie zapadły mi w pamięci role kreowane przez Konrada Stefańskiego i Annę Gruszkę, w każdym z przedstawianych fragmentów.

Muszę przyznać, że podczas każdego spektaklu czekam z niecierpliwością na ich wystąpienia, podobnie dzieje się podczas „… a ja tańczę”. Po raz kolejny pokazują swój kunszt, przełamują na scenie własne przyzwyczajenia, rozszerzają z każdą minutą swoje umiejętności, burzą skostniałe formy. Mam wrażenie, że stoi za nimi ponadczasowa, uniwersalna prawda, że ruch, taniec, gest, to coś więcej, niż słowo. Taniec jest w nich, w ich ciałach, w ich umysłach, w gestach. Zaczyna rodzić się między nimi miłość, każda i ta spokojna, delikatna i ta burzliwa, pełna namiętności i erotyzmu. Miłość odgrywa tu ważną rolę, ma siłę scalającą poszczególne fragmenty. Miłość zresztą była i jest nadal, kluczowym elementem spektakli Ewy Wycichowskiej. Nie tylko ta miłość łącząca dwie osoby, ludzka, przyziemna, ale także ta, która daje tym tancerzom siłę, wiarę i chęć. Tą miłością bez wątpienia jest taniec, zwłaszcza, gdy się patrzy i żywo uczestniczy w tym ruchomym świecie. Właśnie to porusza mnie podczas każdego spektaklu, a z czego zdaję sobie sprawę dopiero podczas „… a ja tańczę”, coś, co pozwala mi wkroczyć w inny świat i nie pozwala zapomnieć jeszcze przez długi czas.

Taniec artystów, ich warsztat i ruchy, którymi wyrażają niemal każdą emocję. Ból, żal, cierpienie, miłość, radość i szczęście.

Rodzi się zatem pytanie, czym jest taniec? Sztuką, grą, darem, przekraczaniem granic, przełamywaniem barier. Odpowiedź nasuwa się natychmiast. Jest miłością i to wiem na pewno. Utwierdzam się w swoim przekonaniu, wychodząc z teatru i obserwując ludzi, na których twarzach maluje się podobny zachwyt i trzymając za rękę osobę, która czuje dokładnie to samo, co ja. Ewa Wycichowska po raz kolejny zmusza do myślenia, do refleksji nad własnym życiem, nad miłością.

Czym zatem jest życie? Egzaminem, ciągłym doskonaleniem się, pokonywaniem kolejnych trudności czy wchodzeniem na coraz wyższy szczebel?

Jest wiarą w to, że to Ja kreuję swój świat i że to Ja sama wybieram mistrza, egzaminatora, który nad wszystkim czuwa, który ma władzę stwórczą i dzięki któremu potrafię iść dalej swoją drogą bez poczucia straty, bo to jest moja droga, lepsza lub gorsza, ale moja.

Niewielu jest twórców, którzy podobnie jak Ewa Wycichowska potrafią zachwycić, wzbudzić emocje, wstrząsnąć i poprowadzić do bram samego siebie, do pokonywania własnych barier. Dziwne jak wszystko co niemożliwe, nagle zaczyna wydawać się możliwym…..

idea i choreografia: Ewa Wycichowska
muzyka: Jacek Wierzchowisk
improwizacje fortepianowe: Leszek Możdżer
cytaty muzyczne: M. Nyman, J. S. Bach, I. Strawiński
L. van Beethoven, H. M. Górecki
Scenografia: Małgorzata Szczęśniak
Asystent scenografa i współpraca kostiumograficzna: Ilona Binarsch
Premiera: 25 czerwca 2003 na scenie Teatru Wielkiego im. S. Moniuszki w Poznaniu.