2012-06-22

o rozmowie w najlepszym wydaniu

Przy stole nakrytym obrusem w kratę, na starym krześle, w ciepłym swetrze i kamizelce, pochylony nad notatnikiem, w którym zapisał już wiele stron, siedzi - Jerzy Stuhr. W tle stoi stary kredens, lampka, na ścianach wisi kilka obrazów, obok krzesła snują się pies i kot. Czarno białe zdjęcie (choć w kolorze sepii byłoby jeszcze ciekawsze), na 34 stronie, to moje ulubione zdjęcie w książce „Tak sobie myślę” Jerzego Stuhra. Mogłabym jego kopie dołączyć 
(i uczynię to z pewnością) do swojej kolekcji zdjęć nietuzinkowych, przedstawiających „wielkich” w jakże pięknych momentach – tworzenia. Lubię takie fotografie, nawet bardzo. Lubię bohatera tej fotografii, cenię i darzę estymą jak rzadko kogo.

Choroba stawia przed nim zadanie, któremu nie chce się opierać, jak pisze - „Pomału z własnej woli, zamieniam się w obserwatora rzeczywistości”, to choroba staje się przyczyną pisania, ale nie jest główną bohaterką, jest w tle, obok. Faktycznie od 10 października 2011 roku prawie codziennie spisuje swoje spostrzeżenia, analizy, dzieli się z czytelnikiem swoimi radościami, smutkami, czasem wątpliwościami. Rzeczywistość, która go otacza, tak dobrze znana nam − polskim czytelnikom − zostaje przesiana przez sito dobrej, rzetelnej i prawdziwej obserwacji.

W mediach głośno na temat wspomnianej książki, w której nie brakuje ostrej krytyki świata polityki,  niezgody na niekompetentnych  recenzentów, tchórzliwych krytyków filmowych, żalu, gdy mowa o kolegach „po fachu”, którym sprzedaż własnego nazwiska miała dać sławę, a dała jedynie bolesną nauczkę. Człowiek śledzący bieżące wydarzenia, wie o kim Artysta pisze. On mógł sobie na taką krytykę pozwolić, choć w moim przekonaniu i tak delikatny to język.

Dosyć jednak o krytyce, choć ta dosadna i pierwszorzędna. Jest i czas na pochwały. Bo dobry film trzeba chwalić, pozostawić na jego temat ślad, choćby „Erratum” Marka Lechkiego, czy „Róża” Smarzowskiego.  Bodaj najpiękniejsza recenzja tego − w mniemaniu Autora − niedocenionego filmu.  Nie zabrakło też kilku słów na temat ostatniego filmu Agnieszki Holland.

Kondycja tak drogiej mu „świątyni”, jak o teatrze pisze Autor, jest w moim przekonaniu kwintesencją wypowiedzi. Poświęca dużo uwagi teatrowi, który był i jest jego domem, ten obecny, choć mu znany, nie zawsze jest rozumiany. Do młodego, współczesnego aktora, nie tylko teatralnego, śle przesłanie:

„Bądźcie formacją młodych artystów, narzucającą swą nową estetykę i mającą odwagę ją prezentować, a nie tylko gromadką celebryto-aktoro-głupków, będących tylko żerem dla „Super Expressu”  i jego czytelników”.

Młody człowiek jest kimś ważnym dla Artysty. Daje się odczuć pewien dystans i niezrozumienie, może nawet strach. Pewna przepaść, która dzieli Autora z pokoleniem, które już żyje innym rytmem,  wierzy w inne ideały. Ta naturalna sytuacja jest oczywista, a jednak bolesna. Nie znaczy to, że Aktor całkowicie skreślił młode pokolenie i nie daje mu już żadnych szans, wprost przeciwnie. Pomimo zwątpienia i niezgody na pewien rodzaj „uprawiania” teatru, czuje się wśród młodych najlepiej.

„Tajny Dziennik” Mirona Białoszewskiego, czy „Rzymska komedia” Jarosława Mikołajewskiego, to tylko niektóre książki, o których wspomina Autor. Czas mu podarowany, postanawia wykorzystać czytając zaległe lektury. Nie brakuje, przy okazji, zabawnej obserwacji dotyczącej książek o gabarytach ponadprzeciętnych. Bo jak czytać książkę Franaszka o Miłoszu, czy „Listy” Lema i Mrożka na kolanach w pozycji półleżącej, czy w metrze, jak zabrać taką cegłę do torebki?

Swoją najnowszą książką – dziennikiem, Jerzy Stuhr sprawił przyjemność wiernym odbiorcom swojej twórczości, tym których cieszył szybki koniec dziennikarskiego pisania, bowiem ta wiadomość oznaczała tylko jedno – powrót do zdrowia, pracy, do artystycznego życia, do Włoch, w których zaczął pracę nad kolejnym filmem.

Dlaczego przeczytam tę książkę jeszcze raz? Choćby dlatego, że pomimo, iż jest bardzo wyważoną obserwacją aktualnych wydarzeń obyczajowych i artystycznych, jest przede wszystkim rozmową, dialogiem, polemiką – a dla mnie to wartość najważniejsza.




Jerzy Stuhr, „Tak sobie myślę”,  Wydawnictwo Literackie






Jest jeszcze jeden drobiazg, który dla mnie jest bardzo ważny. Nigdy nie wypadła mi z rąk do tej pory żadna książka, a tym razem tak się stało, o wzruszeniu już nie wspomnę. Dziękuję Maestro!

10 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Już się nie mogę doczekać tej książki i chwil z nią spędzonych! Podziwiam Pana Jerzego Stuhra za to, że potrafił codziennie usiąść i pisać swoje przemyślenia... ja wiele razy próbowałam i i nie wyszło. To wymaga chyba bardzo duże sformatowania i nastawienia na siebie (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) ! Pozdrawiam przyaromaciekawy

Florentyna pisze...

Mam wielką ochotę na tę książkę.
Lubie i cenię Stuhra "Za całokształt".
Pozdrawiam.

Libreria pisze...

Przyaromaciekawy - to prawda, usiąść i spisywać to, co w głowie się pojawia gdy obserwujesz bieżące wydarzenia, to duży wyczyn. Jemu się udało i to jeszcze jak. Cieszę się, że niedługo zaczniesz lekturę:)

Libreria pisze...

Florentyno, doskonale ciebie rozumiem. Miłej lektury:)

Anonimowy pisze...

Właśnie zaczęłam czytać.
tereska

Libreria pisze...

Teresko, miłej lektury:)

Domi pisze...

Muszę się jeszcze baaardzo poważnie zastanowić nad tym, czy chcę tę książkę przeczytać. :)

Słowianka pisze...

Na odpowiedniej stronie, od razu pomyślałam o Tobie :) Potem sprawdziłam Twojego bloga i potwierdziłam swoje przypuszczenia. Cóż mogę powiedzieć... che invidia! :)

Libreria pisze...

Witaj Słowianko, czyli jednak ludzie rozpoznają:) cieszę się. dla mnie to tak duże wyróżnienie, że nawet nie mam słów.

Anonimowy pisze...

A mnie bardzo rozczarowała książka p.Stuhra.Dziwi mnie jego recenzja filmu Agnieszki Holland.Tu chce przypomnieć panu Sthurowi że zakończenie filmu ma inny tekst "nie wszyscy na pogrzebie mówili " tylko "ktoś powiedział".A to zupełnie ma inny wydżwięk.
Spodziewałam się więcej erudycji po autorze.Polecam natomiast"Szarą godzinę"Kucównej.