2011-03-01

jak w życiu




Życie to nie zawsze wielkie wydarzenie, emocje, szaleństwo i gwar. Życie to czasem zwykły dzień, zwykłe dzisiaj i znane jutro.
Lubię, gdy kino takie właśnie życie podpatruje, nad takim życiem się pochyla. Kochałam to w „Trzech Kolorach” Kieślowskiego, gdzie o wielkich rzeczach reżyser mówił spokojnym tonem. Ostatnio wiem, czego w kinie szukam i dynamiczna akcja w tych poszukiwaniach nie zajmuje miejsca, natomiast ten charakterystycznie przeciągnięty spokój zachwyca mnie od lat i udało mi się go odnaleźć w ubiegłą sobotę.

„Kolejny rok” Mike’a Leigh, takie cudo, taki obraz magiczny.

Historia kochającego się małżeństwa w średnim wieku, Toma (Jim Broadbent) i Gerri (Ruth Sheen), którzy prowadzą spokojne życie na przedmieściach Londynu. Mają dorosłego syna, który postanawia się ustatkować po trzydziestce. Ich życie, oprócz pracy, to przebywanie na działce, sadzenie warzyw, następnie ich zbieranie, przyrządzanie z nich posiłków. Czas płynie sielsko. Mają przyjaciół, którzy często ich odwiedzają. Najczęściej do ich ciepłej kuchni czy ogrodu wpada Mary (Lesley Manville), samotna przyjaciółka Gerri. Ta barwna postać ożywia spotkania przyjaciół. Odrzuca zaloty wspólnego znajomego Kena, z nadzieją spoglądając w kierunku syna głównych bohaterów. Zbyt duża ilość wina, które spożywa, pozwala jej ukryć pod maską pustkę. Tylko na początku, ta postać pełna polotu bawi, z czasem zaczyna stawać się balastem dla swoich przyjaciół. To cieple i barwne miejsce w porach letnich zmienia się w lodowatą przestrzeń zimą, wtedy, gdy Mary naprawdę potrzebuje pomocy.

Jest w tym filmie rytm życia, przepięknie płynący strumień czasu. Dzień za dniem.
Film podzielony został na cztery części, cztery pory roku i tak jak wiosną i latem wszystko kwitnie, jest barwne, a ilość kolorów i ciepła aż razi, tak zimą i jesienią króluje szarość, ta okrutna szarość, która rządzi się swoimi prawami, a życie potrafi zmienić w wędrówkę bez celu.

Tom i Gerri stają się jedyną ostoją, dla ludzi, których życie całkowicie się porozsypywało.
Tak jak w życiu, czasem jest dobrze a czasem jest źle, nie wszystko układa się po naszej myśli. Ile to razy ludzie szukają oparcia w najbliższych, próbują odnaleźć dobry bieg podpatrując życie innych, schronić się pod ich skrzydłami. Bolesny chłód każe im niekiedy wyruszać w kolejną samotną wędrówkę.
Byłabym szalona nie widząc siebie w Mary i nie widząc swojego życia w życiu Toma i Gerri.
Dla mnie ten film, to życie po prostu, jego jasne i ciemne strony. Permanentna tułaczka. Przepiękny melanż.

Wspomnieć muszę na koniec o doskonalej roli Lesley Manville. Żongluje sobie emocjami perfekcyjnie. Byłam zachwycona jej rozedrganiem na ekranie, pogubieniem, chaosem. Doskonała. Ostatnia scena, gdy kamera zatrzymuje się na jej twarzy, na długo zostaje w pamięci.

Cóż może dać nam Leigh po wspaniałym „Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia”? Samą przyjemność, choć czasem pełną goryczy. Jak w życiu.


2 komentarze:

nocnywidz pisze...

Właśnie – Mary. Kto więc był głównym bohaterem tego obrazu? Tęsknoty, rozczarowania, pragnienia, uczucie niemocy usiłuje przykryć pod pierzynką dobrego humoru, który jednak w końcu nie dał rady i prysł. Mary została brutalnie przywołana do rzeczywistości – stąd zatrzymanie ostatniego kadru na jej twarzy. Teraz rozumiem tę scenę, bo nie do końca była dla mnie jasna. Masz rację - świetnie zagrana rola, początkowo drażniąca - potem coraz bardziej zrozumiała.
A na wiszące spójniki da się coś poradzić - wystarczy zasięgnąć języka :-)

Izabela pisze...

Nocny widzu zdecydowanie Mary jest główną bohaterką tego filmu, choć można stoczyć na ten temat piękną rozmowę przy dobrym czerwonym winie:-)
Za radę co do wiszących spójników, dziękuję.