2011-02-06

perełka kinowa

Jest rok 1936. Po śmierci Jerzego V tron Wielkiej Brytanii ma przejąć jego syn Edward VIII. Ten jednak bardziej od panowania krajem woli małżeństwo z amerykańską rozwódką Wallis Simpson. Ktoś jednak musi panować, tym bardziej, że w tle słychać echa zbliżającej się wojny. Na tron wstępuje brat Edwarda Albert, książę Yorku (Colin Firth). Albert jest mężczyzną nieśmiałym, introwertycznym, o dość skomplikowanej osobowości, unikającym jak ognia publicznych wystąpień jąkałą. Fakt ten dość ograniczający jego możliwości staje się poważnym problemem. Jego mądra żona (w tej roli Helena Bonham Carter) jeszcze przed koronacją znajduje dla męża lekarza, specyficznego Australijczyka Lionela Logue’a stosującego dość, niekonwencjonalne metody leczenia. Recytowanie Szekspira, gdy w tle rozbrzmiewa głośna muzyka czy przeklinanie, to tylko niektóre sposoby by zacinanie się króla ograniczyć. Lionel jest bezpośredni, odważny i nonszalancki. Zwraca się do króla Bertie, ma czelność stawiać królowi warunki i traktuje go jak zwykłego pacjenta.
Spotkanie dwóch tak różnych charakterów, reprezentujących tak różne stanowiska, nie mogło obejść się bez komplikacji.

„Jak zostać królem” w reżyserii Toma Hoopera to angielska komedia. Faktycznie jest to film dość zabawny, jednak zdecydowanie przychylam się do zdania, że jest to dramat historyczny.
Jest to opowieść o przyjaźni, która w dobie kryzysu staje się bardzo ważna, jest niemalże ratunkiem i ostoją. To opowieść o relacji między skrajnymi osobowościami. Wreszcie jest to opowieść o przezwyciężaniu swojej ułomności, walce ze swoją słabością, pracą nad nią. Poszukiwaniem i odkrywaniem prawdy, że oto sami jesteśmy kowalami swojego losu, a nasze życie nie jest życiem brata, ojca czy żony, ale tylko i wyłącznie naszym.

Gra Colina Firtha i Geoffrey’a Rush’a według mnie jest bez zarzutu. Teatralna, powściągliwa, każdy z nich ma swoje pięć minut, które dobrze wykorzystuje. Te role są jak dobrze skrojone garnitury. Mówi się, że są to role oskarowe i choć nie przywiązuje większej wagi do tych złotych statuetek, wyjątkowo chciałabym, żeby w tym oskarowym wyścigu panowie zwyciężyli. Uwagę przykuwa również rola Heleny Bohdan Carter, mądrej i silnej Elizabeth, żony króla, która jest dla niego podporą w zmaganiu się z codziennością. 

Obejrzałam film, który podobał mi się bez żadnych zastrzeżeń, a to się rzadko zdarza.
Historię prawdziwą przekazaną z niemalże teatralną precyzją. Obraz idealny. Życzyłabym sobie więcej wieczorów z takim kinem.


2 komentarze:

Klara pisze...

Ja również oglądałam i w pełni zgadzam się z Twoja opinią!

Izabela pisze...

:-)